sobota, 22 marca 2014

Ja & ,,Bluszcz'' - still better love story than Twilight

   Od dawna już noszę się z myślą o napisaniu posta dotyczącego moich ulubionych gazet. Po drodze doszłam do wniosku, że nie da się tego ogarnąć jedną notką - każde z tych czasopism jest moim zdaniem warte nieco bardziej dokładnego przybliżenia. Zacznę od pisma z wieloletnią tradycją i burzliwą historią, którego w tym momencie nie ma już co prawda na rynku, ale dwa lata, przez które towarzyszyło mi ono w mojej jakże wspaniałej egzystencji, wspominam baaardzo dobrze i równie bardzo za nim tęsknię (sic!). 
Pamiętam, jak kupiłam je pierwszy raz, zachęcona wyróżniającą się na tle innych okładką. Był to numer, który wyszedł w pierwsze urodziny czasopisma, później przez dwa lata wyrzucałam sobie, że ominęło mnie dwanaście wspaniałych miesięcy obcowania z nim. Pamiętam, jak czytałam je wszędzie. Pamiętam wszystkie wygrane za pomocą kretyńskich komentarzy na Facebooku konkursy (,,Biała lokomotywa'' Stachury <3). Pamiętam, jak na zajęciach wygłaszałam o nim prezentację. I pamiętam ten piękny, słoneczny, wakacyjny dzień, kiedy to dowiedziałam się, że więcej go nie zobaczę. Ani nie dotknę. Być może moi znajomi też go pamiętają, bo byłam wtedy w czarnej rozpaczy, którą wylewałam na wszystko dookoła. I tak, byłam nawiedzona, ale proszę się nie śmiać, bo była to jedna z najtragiczniejszych chwil i największych strat w moim życiu! Tego posta podzielę na podrozdziały, coby było przejrzyściej. Być może ktoś dzięki tej notce zrozumie, co czułam do tego pisma i dlaczego.
(He he, wiem, że nie)
O, jednak prawie trzy lata
Dawne ,,Bluszcza'' początki
   Założony przez Michała Glücksberga ilustrowany tygodnik dla kobiet wydawany był najpierw w latach:
 1865–1918, 1921–1939. Realizował program emancypacji kobiet, a współpracowały z nim osobistości, takie jak Maria Konopnicka, Eliza Orzeszkowa, Adam Asnyk, K.I. Gałczyński czy Maria Kuncewiczowa. Jak będę duża i bogata, to znajdę i dorwę za wszelką cenę numery z tamtych lat. Można tam było znaleźć nowinki modowe, porady dotyczące spraw codziennych, związanych z prowadzeniem domu, ale też ze zdrowym i aktywnym stylem życia. Było to jedno z pierwszych czasopism, które wychodziło naprzeciw wymaganiom kobiet i walczyło o zmianę jej pozycji i wizerunku w społeczeństwie. Wtedy też bym je kochała!

Reaktywacja
W 2008 roku zostało wznowione wydawanie ,,Bluszczu'' z podtytułem ,,Pismo miesięczne ilustrowane dla kobiet''. Redaktor Naczelną była Joanna Laprus-Mikulska. Pismo pod jej redakcją miało niepowtarzalny klimat. Przeurocze były zwłaszcza prezentowane na jego łamach fragmenty ,,Bluszczu'' sprzed wojny. Coś pięknego. Grafika to coś, co zawsze było mocną stroną tej gazety. Naprawdę można się było w niej zakochać. Poza zdjęciami okładek recenzowanych książek, całe pismo było pięknie ilustrowane. Długie, wyczerpujące i wartościowe wywiady, fragmenty powieści czy opowiadań obiecujących debiutantów, fanatyczne listy do Redakcji, pisarze opisujący swój dzień, przecudowny dział modowy (nie w stylu dzisiejszych szafiarek i reklam sieciówek, o nie - historia mody przez duże M) - to wszystko (i o wiele więcej) tworzyło niepowtarzalny klimat pisma. No i ludzie: to tu zakochałam się (w sumie nie wiem czemu, ale cóż) w Davidzie Rosenbaumie, poznałam Etgara Kereta, namiętnie czytałam wypociny Grocholi, japońskie opowieści Joanny Bator, niepowtarzalne wywiady (Nosowska, Szczuka, Terentiew i wiele, wieeele innych). Okładki zawsze z pomysłem i świetnie wykonane. To pismo naprawdę wyróżniało się na rynku niezwykle wysokim poziomem.
Oto i pierwszy numer, jaki kupiłam

Zmiany...
Listopad 2010. Kiedy dowiedziałam się, że Redaktorem Naczelnym jest teraz Rafał Bryndal, przeraziłam się mocno. Wtf? Facet Naczelnym czasopisma dla kobiet? Wait... teraz to jest, jak głosi podtytuł, ,,Ilustrowany miesięcznik kulturalny''. Panika, gorączkowe przeglądania spisu treści. Nowe nazwiska, jakieś zdjęcia, w chuj reklam, ale... uff, jest Rosenbaum! Postanowiłam więc dać mu (Bryndalowi) szansę. Nie pożałowałam. Pismo różniło się nieco od wcześniejszej wersji ,,dla kobiet'', ale moje główne oczekiwanie - równie wysoki poziom kulturalny, spełniało. Nawet polubiłam z czasem Naczelnego, do którego z początku odnosiłam się sceptycznie. Mimo że styl jego wstępniaków odstraszał, wszystko wynagradzały naprawdę dobre wiersze i teksty piosenek. 
A oto moja ulubiona okładka: 
Tragiczny finał
 W czerwcu 2012 pojawiła się wiadomość, że kolejnego numeru nie będzie. O mojej reakcji już pisałam, teraz o przyczynach. Otóż zmarł niespodziewanie (zawał albo wypadek, nie pamiętam) właściciel marki, a jego synowie, którzy odziedziczyli tytuł podjęli decyzję o zaprzestaniu wydawania czasopisma. Jak to bywa w przypadku wartościowych rzeczy, zwyczajnie nie było dochodowe. I tak pozostawiono mnie w rozpaczy i rozdartą. Żałobę nosiłam długo, do dziś łezka się w oku kręci, jak myślę o ,,Bluszczu''... 
Były próby wykupienia tytułu przez czytelników na zasadzie Fundraisingu, niestety nie udało się. 
I tu z pomocą przyszedł Rafał Bryndal. Widocznie czuł to samo, co ja, bo postanowił zawalczyć o miejsce dla czegoś na poziomie w przestrzeni kulturalnej. Założył ,,Chimerę'', której charakter różni się od bluszczowego, ale również satysfakcjonuje mnie na wszystkich poziomach i to o tym miesięczniku napiszę już niebawem ;) 

P.S. Sentymentalnie, poważnie, nudno. Ale czasem trzeba i tak.

Ktoś czytał ,,Bluszcza'' i mnie rozumie? A może macie mnie za totalną wariatkę? (Ej, ja te pytania zadaję, oczekując odpowiedzi. Nieodpowiadanie jest niegrzeczne i gdy odzewu nie ma, czuję się tak, jak wtedy, gdy zadaję pytanie na praktykach w gimbazie i spotykam się ze ścianą milczenia. Serio;] ) 

Ponadto, dla niewtajemniczonych - lamusowy profilek na Fejsbuniu: https://www.facebook.com/lamuskulturalny?fref=ts

piątek, 21 marca 2014

Chiński Nowy Rok vs praca licencjacka

   W zasadzie to nie powinnam nic tu pisać, a raczej zająć się w końcu pracą licencjacką, ale po długiej chorobie i przy ogromie obowiązków, naszło mnie na wspomnienia. Niedawno moja szkoła chińskiego udostępniła mi długo oczekiwane zdjęcia z tegorocznej celebracji Chińskiego Nowego Roku w Sali Kongresowej w Warszawie. Nie mogę realnie cofnąć czasu do stycznia, kiedy miało miejsce wydarzenie, zrobię to więc wirtualnie, wyrzucając sobie, że w Sali Kongresowej powinnam siedzieć beztrosko po napisaniu przynajmniej pierwszego rozdziału pracy... Siedziałam równie beztrosko, tylko że bez napisanego rozdziału. Mój promotor twierdzi, że pisanie do gazet i inne rzeczy stoją pomiędzy mną a pracą, ja mam nieco inne zdanie: to praca stoi pomiędzy mną a życiem. Też to macie

   No dobra. Co do celebracji, wprawiła mnie w kompleksy, kiedy posłuchałam pięknego chińskiego tłumaczki - Chinki, której polski był równie piękny (choć nieco kanciasty). I kiedy posłuchałam wypowiedzi pewnego polskiego polityka od kultury, który radośnie wplatając polskie potocyzmy i przysłowia, w dupie miał fakt, iż przetłumaczenie tego na jakikolwiek język obcy, a co dopiero na chiński, przez osobę z innego kręgu kulturowego, jest wręcz niewykonalne. A, jeszcze w kompleksy wprawiał bardzo młody mnich z Shaolinu, który robił niesamowite rzeczy ze swoim ciałem. O ten: 
  Co do samego Święta Wiosny, nie będę streszczać Wikipedii, warto jednak zapoznać się z tą naprawdę interesującą tradycją http://pl.wikipedia.org/wiki/Chi%C5%84ski_Nowy_Rok . Bardzo charakterystyczny dla obchodów Nowego Roku jest totalny paraliż komunikacyjny całych Chin. Jest to najważniejsze chińskie święto, które tradycja każe spędzać z rodziną, dlatego wszyscy Chińczycy zjeżdżają z tej okazji do swoich rodzinnych miejscowości. Na raz. Więcej o tej paranoi, jej skutkach i przyczynach dowiemy się z bardzo ciekawego reportażu pt. Last Train Home (kiedyś oglądałam pełną wersję online, a więc szukajcie, a być może znajdziecie). Opowiada on o ciężkim życiu chińskiej rodziny z prowincji i łapaniu pociągu do domu widzianym z jej perspektywy.
   31.01.2014 rozpoczęliśmy Rok Konia. Koń jest siódmym z dwunastu znaków zodiaku chińskiego. Jak czytamy na portalu echiny.pl: ,,Osoby urodzone w Roku Konia są na ogół lubiane. Zawsze są przyjaźni, dobrze obchodzą się z pieniędzmi i robią długoterminowe plany na przyszłość. Ludzie ci są mądrzy i mają artystyczne skłonności. Mimo że posiadają ogromny seksapil, są słabe jeśli chodzi kontakty z płcią przeciwną. Przejawiają tendencje do bycia niecierpliwymi jeśli chodzi o rzeczy zakłócające ich codzienną rutynę. Pasują do osób urodzonych w Roku Tygrysa, Psa i Owcy.''. Jesteś spod znaku Konia, jeśli urodziłeś się np. w latach 1918, 1930, 1942, 1954, 1966, 1978, 1990, 2002. Ja na przykład (rok 1992) jestem spod znaku Małpy, co tłumaczy moją: inteligencję, pomysłowość i rozsądek. W pakiecie jest też arogancja oraz fakt, że Małpy: ,,nie odkładają zadań na półkę, tylko stawiają czoło problemowi natychmiast co sprawia, że odnoszą sukcesy'', ale nikt nie jest modelem doskonałym, prawda?
   W Sali Kongresowej było wielu Chińczyków, dziwnie reagujących na co bardziej emocjonujące momenty przedstawienia. Osobiście zakochałam się w chińskim instrumencie guzheng, można go posłuchać tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=zWUWCddcQTY . Muzyka, którą słyszymy to najsłynniejsza chińska melodia, inspirowana bardzo porąbaną historią o miłości, taką chińską wersją Romea i Julii, tylko dużo mniej prawdopodobną. Kiedyś napiszę post o dziwnych legendach i historiach chińskich, bo to zaiste piękny temat. 

No cóż, tańce chińskie nie powalają :) Ale chciałabym umieć tańczyć coś tak bezsensownego z tak uroczą miną:
Ogólnie było bardzo uroczo, program zawierał występy muzyków, tancerzy oraz pokaz sztuk walki prosto z Shaolinu. Dziękuję też towarzyszce Magdzie, która spędziła ze mną ten wieczór i przygarnęła na noc. 
   Obchody Chińskiego Nowego Roku w Sali Kongresowej to już tradycja, mam więc nadzieję, że przynajmniej z częścią Was zobaczę się tam za rok. Mieszcząca 3000 osób Sala Kongresowa dysponuje ,,aż'' trzema kabinami toalet damskich, zatem od razu zaklepuję: PIERWSZA!

Załączam nieco spóźnione, ale jak najbardziej szczere: 新年快乐!

A Ty spod jakiego znaku jesteś? ;)

Zdjęcia dzięki uprzejmości Chińskiej Szkoły w Warszawie