,,Zobaczcie, jak Lublin robi!'' - opowieść o pasji prawdziwej

  Dzisiaj wygrzebię coś, co razem z koleżanką zrobiłyśmy już niemal rok temu, a co zasługuje jednak na wydobycie na moment z lamusa i odświeżenie. Rozmowa z panią Krystyną Dobek - parasolniczką (to słowo niczym archaizm lub coś pozbawionego sensu zostało brutalnie podkreślone jako błąd - proszę więc wyobrazić sobie skalę popularności tego zawodu) była (rozmowa, podmiot tego zdania) jedną z najsensowniejszych, jakie w życiu przeprowadziłam. W małym zakładzie znajdującym się tam, gdzie diabeł, dresy, żule i narkomani mówią ,,Żegnaj'', przeżyłam istne katharsis, poznałam Tajemnicę Istnienia i zrozumiałam, czym jest prawdziwa pasja. Co może zmusić człowieka do tego, by siedział, często po godzinach, w warsztacie na Kunickiego, wytężając wzrok i naprawiając czyjeś parasolki, kiedy średni popyt na tę usługę to 0,563 klienta na dzień (w każdym razie coś koło tego)? Może spokój bijący z tej ulicy? Może fortuna, jaką można w ten sposób zarobić? Może to Maybelline.

A oto i nasza parasolniczka

Dlaczego doszło do mojej rozmowy z panią Krystyną? Zadecydowały o tym trzy czynniki.
CZYNNIK PIERWSZY: Lublin, ul. Kunickiego 33. To miejsce już od jakiegoś czasu mnie intrygowało. Jadąc autobusem wielokrotnie zastanawiałam się, czy zakład, którego szyld głosił ,,Naprawa parasoli'' jeszcze działa i jeśli tak, to jakim cudem i dla kogo.
CZYNNIK DRUGI: Dowiedziałam się o projekcie ,,Ściana wschodnia: Rzemieślnicy z Lublina'' i stwierdziłam, że to super pomysł. O projekcie można poczytać TUTAJ , warto. Projekt przedstawia sylwetki 12 rzemieślników lubelskich, z których większość zaczęła działalność przed wojną. Żywa tradycja - lubimy.
CZYNNIK TRZECI: Musiałam przygotować pracę zaliczeniową traktującą o dziedzictwie kulturowym Lublina.


Postanowiłam więc połączyć przyjemne z pożytecznym i w ten sposób poznałam panią Krystynę. A oto owoc naszej rozmowy:

Wywiad z Panią Krystyną Dobek, parasolniczką

Skąd pomysł, żeby robić parasolki?
Moja mama prowadziła zakład, źle się czuła i musiała odejść, a ja go objęłam. Taką miała prośbę. Jeszcze rok pożyła, zmarła, a ja zostałam.
Ciężko było zdobyć wykształcenie w tym kierunku?
Miałam prawie 40 lat, kiedy zdawałam egzaminy. To nie było tak jak dzisiaj, że zaświadczenie wydają. To były egzaminy czeladnicze, w Warszawie przy szesnastu osobach zdawane. To, co teraz jest, to tragedia.
Egzamin polegał na zrobieniu parasolki?
Też. Zdawałam u fabrykanta który był przewodniczącym komisji w cechu. Moją parasolkę zostawił sobie na pamiątkę, a ja byłam zła. Myślałam, że ją sprzedam i na niej zarobię. To były moje pierwsze kroki tutaj. A on wziął parasol, obejrzał i chodził po fabryce, po takiej hali dużej i mówił: „Zobaczcie jak Lublin robi!”. Ja wiedziałam o co mu chodzi, a chodziło mu o to oczko. O tutaj. [pokazuje] Dziewczyny tam szyły na płaskiej maszynie do połowy, że dwie ręce można było włożyć. To znaczy najpierw na podwijaczu, a później na płaskiej. Przykryły szmatką, tak jak ja tu. Ale ta szmatka nie służy po to, żeby przykryć frędzle. Chodzi o to, żeby czasza nie ocierała o druty. Dziewczyny nie umiały do końca na podwijaczu zrobić, a ja tak jakoś… Później już cały czas to robiłam. Mama po roku zmarła. Nawet jak jeszcze żyła, to była taka historia, że przyszła dziewczyna i chciała, żeby jej parasolkę zreperować. Wtedy dopiero wchodziły takie na podstawie niemieckich, tylko że niemieckie miały sprężynę, a tu były na stałe sporniki, wmontowane w drugie sporniki. To było bardzo ciężko wiązać, bo to twarde jest. No w każdym razie zdałam te egzaminy, mama zdążyła się rok pocieszyć. Coś musiała jeszcze w cechu załatwiać, poszła tam, a w cechu pochwała. Dla Lublina. Zazdroszczą nam, że mamy tak pojętnych ludzi. Później miałam mistrzowskie zdawać. Za dwa tygodnie miałam jechać do Warszawy. Nie chciałam, bo dowiedziałam się, że jak zdam mistrzowskie, to będę musiała siedzieć w cechu. Czy to będą, jak ja to mówię, butolodzy czy metalurgicy, czy jacyś inni - wszystkie zawody, jakie są - jak będą egzaminy, będę musiała siedzieć w komisji egzaminacyjnej. Tak jakoś to było ułożone. I nie pojechałam. Bo tego, co ja umiem, to mnie nikt nie nauczył. Ani żaden mistrz, ani czeladnik.
W jaki sposób przygotowywała się Pani do egzaminów?
Ten pan, u którego zdawałam wydał książkę. Jak jechałam na egzamin, to sobie poczytałam. Wtedy szósty egzemplarz wchodził, nowy. Jak ktoś do mnie przychodzi, to ja muszę wiedzieć co i jak. Nie mówię, żeby poszedł gdzieś indziej. Tylko ma być zreperowane i koniec, a jak ja to robię to już jest moja sprawa.
Nie myślała Pani o tym żeby przekazać komuś tę wiedzę?
Moja córka bardzo to lubiła, ale jakoś tak... dziecko jej się urodziło, mąż pracował, ona nie. Teraz to już za późno, żeby jej zawracać tym głowę. Ma inne obowiązki. A ja sobie tu siedzę. Jak będę musiała odejść, to zwariuję. Bo to jednak ciągnie. Ciągnie, oj ciągnie do tego.
Duże jest zainteresowanie Pani towarem?
Właśnie nie wiem, co się w tym roku zrobiło, czy ludzie tak pobiednieli. To jest jakaś tragedia, bo ludzie i w sklepach narzekają, że są małe obroty. Do mnie też rzadziej przychodzą. O, i dzisiaj wcale ludzi nie ma. To jest niemożliwe. U mnie kolejka stała prawie na schodach. Drzwi otwarte, lato. Poza tym dużo chińszczyzny się narzuca. To jest nic nie warte. Nic kompletnie nie warte. Dziś jest takie przyzwolenie widocznie, nie wiem, jak to nazwać. Nasi też zakupują. Częstochowa jest stolicą parasolnictwa polskiego. Od wieków. Na cały świat wysyłali. Wszystkie akcesoria robili. A teraz? Już się wnukom nie chce robić. Sprowadzają gotowe i doklejają metki. A teraz to już całe taśmy z logo wysyłają do Chin i im wszywają od razu. Ale mnie nikt nie oszuka bardzo na tym. Te parasolki z Częstochową nie maja nic wspólnego.
Ile trwa zrobienie jednej parasolki?
To zależy. Nie ma szablonu, żadnego wzornika. To samo uszkodzenie w jednej parasolce robię godzinę, półtorej, a w innej kilka godzin i jeszcze po cichu sobie przeklnę, że jedno się robi, a drugie się psuje. Czasami to w ogóle nie ma co zaczynać, bo szkoda pieniędzy.
Myślała Pani o poszerzeniu swojej działalności? Na przykład przez Internet?
Ja sama się w Internecie nie reklamowałam nigdy, ale ludzie mnie sami jakoś tam umieszczają. No i jest tam, że taka Pani, że robi parasolki, podobno bardzo ładnie piszą. Ja tego nie widziałam, mi to ludzie mówią. Ja się nie czepiam Internetu. U mnie są już dwa w domu. Tu był jeden Pan ogłoszony w Internecie, ale parasolek już nie robi. Jego zakład jest przeniesiony. Ja tak myślę, że jeśli wierzyć w życie pozagrobowe to moja mama gdzieś tam sobie fruwa i się cieszy. Ona tak się bała, że to się zmarnuje…Zakład ma już pięćdziesiąt lat, najpierw dwa lata był na ulicy Furmańskiej, w domu. Później mama dostała lokal od miasta.
Miała Pani znanych klientów lub instytucje, dla których Pani robiła parasolki?
Tak, robiłam parasolki dla operetki , teatru - do Osterwy. Mam wrażenie że te parasole jeszcze tam są , bo rekwizyty zostają bardzo długo. Później zainteresował się tym Pan z Teatru Ruchu. Przyszedł tutaj robić zdjęcia. Podobno mieszkał tu jego ojciec i tutaj umarł, ale ja go nie znałam.
Jak wygląda przeciętny dzień Pani pracy?
W lecie godzina czwarta jestem na rybach, później przychodzę do pracy, przebieram się i zaczynam robić. Tak jak tutaj [prezentuje], to jest przeróbka. Jak mnie zabraknie, tego mojego zakładu, to będzie bieda w Lublinie. Do mnie i Warszawa przyjeżdża i Kraków i te wszystkie lubelskie: Zamość, Chełm. Mam tutaj trzy tony materiałów niewykorzystanych, to wszystko dlatego, że moda się zmieniała. A jeszcze jak jeździłam do Częstochowy po akcesoria, to chciało się ich nabrać jak najwięcej. To był duży koszt pojechać samochodem, bo pociągiem było za ciężko. A tutaj też taką ładną parasolkę zrobiłam, kobieta dała mi 10 złotych i dwa lata nie przychodzi. Napracowałam się i na dobrych drutach takich, a ona teraz wisi biedna, aż się powyciągał materiał. Wszystko powinno być używane, ja tak ludziom tłumaczę.
Jak się Pani czuje, będąc jedną z ostatnich osób zajmujących się tym zawodem?
Normalnie się czuję, nawet nad tym nie myślę. To jest dla mnie codzienność. Mój mąż mi tylko mówi, że mam wariacje na punkcie tych parasolek. Tylko parasolki i parasolki...



Pani Krystyna ma zakład na Kunickiego 33 w Lublinie, bardzo rozmowna, na pewno ucieszy się z każdej wizyty. Polecam porozmawiać, bo poza tym, że jest parasolniczym reliktem, to bardzo mądra kobieta.
Może odkryjesz w sobie podobną pasję i przyjmie Cię na naukę? ;] 
Tak czy inaczej, to budujące, że są jeszcze ludzie, którzy zamiast iść w ilość, idą w jakość - ,,wśród tandety lśniąc jak diament'', rzec by się chciało...

Wywiad przeprowadził Kulturalny Lamus wraz z Wiolettą Worobiej
Zdjęcia: Łukasz Kasiak

A już jutro dokładamy do lamusa. Czy jakoś tak.  


Komentarze

  1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń
  2. Znajdź pracę, którą kochasz a nie przepracujesz ani jednego dnia w życiu. Świetna postać, warta tego, by dowiedziało się o niej szersze grono osób.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz