sobota, 27 czerwca 2015

,,Mechaniczna pomarańcza" - rozkręcamy człowieka

,,Mechaniczną pomarańczę" czytałam w gimnazjum. Ostatnio stwierdziłam, że nic nie pamiętam. Zawstydzona tym odkryciem postanowiłam dokonać gruntownego anamnesis i zabrałam się do powieści raz jeszcze. To samo muszę zrobić jeszcze z połową klasyki i milionem innych dobrych rzeczy, z którymi zetknęłam się jak byłam młoda, głupia i miałam za dużo czasu, ale dziś zatrzymam się nad kultową powieścią Burgessa. Przerażająca i fascynująca, z bardzo ciekawym językiem - godna opisania po raz tysięczny i zapamiętania raz na zawsze.

  ,,Mechaniczna pomarańcza" jest doskonałym materiałem na wirtuozerski popis tłumaczeniowy (lub kompletną tłumaczeniową porażkę). To powieść science-fiction pisana językiem przyszłości. Eksperyment nie skończył się na oryginale - każdy kolejny przekład wymaga od tłumacza powtórzenia doświadczenia na języku docelowym. Pod tym względem mamy dużo szczęścia, gdyż Robert Stiller ze swoją intuicją, warsztatem językoznawczym, znajomością obcych narzeczy (zwłaszcza biegłością w angielskim czy rosyjskim) oraz świadomością polskich realiów i uwarunkowań, poradził sobie z zadaniem znakomicie. Podobnie jak Burgess jest poliglotą, a znajomość np. malajskiego pomogła mu doszukać się takich subtelności, jak nawiązanie w tytule do malajskiego ,,orang" - ,,człowiek". Zżymał się na tłumaczenie angielskiego ,,Clockwork Orange" jako ,,mechaniczna" zamiast ,,nakręcana pomarańcza", co przyjęło się już w powszechnej świadomości. Autor wykreował dla powieści nowy język, pełen neologizmów, zapożyczeń, onomatopei. A w zasadzie kilka języków, bo inaczej mówią Alex i jego koledzy, inaczej dorośli, jeszcze inaczej powieściowa młodsza młodzież karmiona popkulturową papką.