środa, 5 kwietnia 2017

,,Chata" - recenzja książki i filmu

   Znowu nie wyszedł mi eksperyment, który planuję przeprowadzić od dawna. Chciałabym mianowicie zobaczyć jak to jest najpierw obejrzeć film, a dopiero potem przeczytać książkę, której jest ekranizacją. Jednak mój Lamusowy umysł, pełen uprzedzeń do podobnych zabiegów, kolejny raz nie pozwolił mi się o tym przekonać. Z tym, że po raz pierwszy po obejrzeniu filmowej adaptacji książki wyszłam z kina z pozytywnymi wrażeniami. Ale po kolei...



KSIĄŻKA

    Dla fanów kryminału zaczyna się bardzo obiecująco. Niestety nie dowiemy się, kto zabił ani jakie były jego motywy, nie to jest bowiem najważniejsze. Wątek porwania i zamordowania niewinnej dziewczynki ma na celu jedynie dowalenie zmęczonemu życiem, dojrzałemu facetowi, którego dzieciństwo też nie było kolorowe. Teraz traci ukochane dziecko, zaczynają się też problemy wychowawcze z drugą córką. Zrozpaczony oraz ogarnięty poczuciem beznadziei Mack nie może pogodzić się z niesprawiedliwością losu. Pogrąża się w Wielkim Smutku i traci wszelką ochotę do życia. Wszystko to skłania go do odpowiedzi na tajemniczy list od ,,Taty" i doprowadza do jego spotkania z Bogiem - w nieprzypadkowym zresztą miejscu, bo w chacie, w której zamordowana została jego córeczka. 
   Historia sama w sobie jest dość prosta, ale problemy, jakie porusza, już niekoniecznie. Ot, takie tam, bagatela, unde malum, teodycee czy przepracowywanie osobistych traum. Odpowiedzi na pytania stawiane przez pełnego pretensji do życia ojca, podawane są przez samego Boga (występującego w trzech postaciach), a więc z chrześcijańskiego stanowiska. I, o dziwo, w sposób na tyle zgrabny, że książka nie odstrasza nawet tak dalekiego od zgadzania się z nimi czytelnika, jak ja. Bądź co bądź, wyjaśnienie skomplikowanych i na pozór sprzecznych ze sobą prawd wiary, nawet ich wyznawcom, nie jest sprawą prostą - nie każdy wierzący jest teologiem. Mimo tego Chata nie zadowala się graniem na emocjach. Za pomocą nieskomplikowanej historii pokazuje, o co chodzi w chrześcijańskich dogmatach i jak należy na nie patrzeć, kiedy przyjdzie skonfrontować je z rzeczywistością naszego łez padołu. Myślę, że Young osiągnął w tej kwestii zamierzony cel. Dużym plusem jest to, że pomimo podjętego przez niego tematu, Chata pozostaje historią, którą przeczytać może każdy bez poczucia, że ktoś usiłuje go do czegoś przekonać. Całość zresztą napisana jest z perspektywy przyjaciela głównego bohatera, który zna historię z opowieści kolegi, a sam pobyt Macka w chacie stoi pod znakiem zapytania - wprowadzony przez autora wątek wypadku, jaki spotyka mężczyznę podczas wyprawy, otwiera drogę dla każdej interpretacji. Książka napisana została z klasą, to trzeba oddać autorowi z całą pewnością. Jakie są więc jej słabe strony? 
   

      Przede wszystkim język. Tu położyli sprawę zarówno autor, jak i tłumacz (a wraz z nimi wszyscy edytorzy i korektorzy). Pierwszy przez swoją grafomanię, drugi przez dość nonszalanckie traktowanie składni. Możemy w książce znaleźć smaczki takie jak: 
Z kilku historii, które mi opowiedział, wiem, że jego tatuś nie należał do tych alkoholików, którzy szybko zapadają w pijacki sen, tylko gwałtownym, podłym, bijącym żonę, a potem proszącym Boga o wybaczenie.  Au. 
I o ile rozumiem, że ojciec alkoholik jest niezbyt przyjemnym doświadczeniem życiowym, to jednak sprawę otrucia go przez syna wraz z jego odejściem z domu i porzuceniem matki Young przedstawia jako trochę nazbyt oczywistą. Mówi się trudno, idzie się dalej. Potem, w zamian za to, samemu jest się wspaniałym  i kochającym ojcem, a autor nie każe swojemu, wrażliwemu przecież, bohaterowi rozważać zbyt mocno tej akurat kwestii. No halo, czy tylko mi tu coś zgrzyta? 
   
   Jeśli zaś chodzi o grafomanię, jednym z moich ulubionych zdań z ,,Chaty" jest: 
Przez szczeliny jego rezerwy czasami wysuwają się kolce sarkazmu niczym strzałki zanurzone w truciźnie wypełniającej głęboką studnię.
Oraz:
Tak jak Mack się spodziewał, już wyrósł mu potężny guz niczym garbaty wieloryb wyskakujący ponad wzburzone fale jego rzednących włosów. 
I jeszcze: 
Onieśmielony Mack bał się, że zawiedzie go głos, jeśli spróbuje się odezwać. Jestem jak Myszka Miki, która ma rozmawiać z Pavarottim. 
No cóż. Chyba te wyszukane chwyty literackie nie zadziałały na mnie i sprawiły, że pomimo wcześniej wspomnianych zalet oceniłam książkę na ,,może być" (4/10) na LubimyCzytać oraz, że za dużo lepszą wersję historii Macka uznałam tę, którą przedstawia....

FILM.

Nie żeby od razu miała mnie ona do czegoś przekonać czy nie wiadomo jak wzruszyć, ale tak wierne adaptacje zdarzają się rzadko, zwłaszcza jeśli książka porusza głębsze tematy. Naprawdę duży plus za podejście do problemu i zrozumienie przekazu Younga. Film jest przy tym bardzo przyjemny dla oka i ucha. Scena, w której Bóg pozwala Mackowi spojrzeć na świat Jego oczami wypada przez to bardzo słabo. Kiczowate światełka, jakie widzi Bóg, to nic w zestawieniu z prezentowanymi przez resztę filmu pięknymi krajobrazami jak najbardziej z tego świata. Zawsze lubiłam Jezusa, ale po obejrzeniu ,,Chaty" zakochałam się w nim. A raczej w grającym go Avrahamie Avivie Alushu. Czarujący wzrok zbitego psa.


      Oczywiście film, tak jak i książka, jest w wielu miejscach bardzo pretensjonalny. Myślę jednak, że w tym wypadku to zabieg nie tylko nieprzeszkadzający, ale i potrzebny, żeby dobrze, wyczerpująco i przekonująco przekazać i wytłumaczyć prawdy wiary. Taka jest zresztą religia, gdzie pod dużą warstwą kiczu i wszechobecnego peace&love kryją się trudne i nie do końca zrozumiane, głęboko filozoficzne mądrości, które na pierwszy rzut oka średnio przystają do życia. 
      Film ma wszystkie już wspomniane zalety książki, ale bez wad jej języka. Do tego jest prawdziwą ucztą dla oka. Bardzo wiernie oddaje problematykę książki - jedynie postać żony głównego bohatera została nieco spłycona i zmarginalizowana. 
    Na pewno i książka, i film przybliżą lepiej Boga i wiarę tym, którzy ją już mają. Raczej nie nawrócą reszty, bo i nie taki ich cel. Nie mogę też powiedzieć, że historia wybitnie mnie poruszyła. Jednak książka pokazała mi, że można, pomimo warsztatowych niedociągnięć, w ładny sposób wytłumaczyć istotę wiary, a film - że da się zrobić adaptację, która tego nie spieprzy. Jak dla mnie to całkiem dużo.  


 

1 komentarz:

  1. Jednym zdaniem podsumowałaś filozofię wiary. Hihi. 10/10
    PS. Moja nowa ksywa to garbaty wieloryb.

    OdpowiedzUsuń