czwartek, 27 lipca 2017

Przykazanie nowe daję Wam: czytajcie Saundersa

   Jest niewiele książek, przy czytaniu których włącza mi się zespół Tourette'a. Ale kiedy czytając coś, łapię się na tym, że z moich ust padają niekontrolowane i często niecenzuralne okrzyki  podziwu, wiem, że to coś jest niebanalne. Przedostatnio zdarzyło się to przy Hugo. Ostatnio przy Saundersie. 


    Do przeczytania 10 grudnia zachęcił mnie tekst autora, który ukazał się w magazynie ,,Książki"- opowieść o tym, jak pisarz pisze swoje teksty. Saunders wyjawia tam, w jaki sposób unika grafomanii, jak dąży do jak największej ekonomii słowa, w jaki sposób rozwijają się jego opowieści. Przekonał mnie do siebie zamiłowaniem do konkretu oraz tym, że literaturę widzi jako przestrzeń dla porozumienia między pisarzem a czytelnikiem. I jeszcze przekonaniem, że zachowanie odpowiednich proporcji pomiędzy tym, co wypowiedziane, a tym, co czytelnik z przyjemnością może odkryć między wierszami, jest konieczne dla wartości dzieła oraz stanowi wyraz szacunku dla inteligencji zjadacza jego książek. Sama, jako pierwszy recenzent czyichś tekstów, swoje zastrzeżenia często wyrażam zdaniem: ,,Nie traktuj czytelnika jak idioty". Tak jak dla Saundersa, jest to dla mnie clou dobrego pisarstwa. Jak mówi pisarz: Udoskonalając [wyobrażonego - przyp. Lamusa] czytelnika, jednocześnie udoskonalam siebie. Sięgnęłam więc po zbiór opowiadań 10 grudnia z ogromną nadzieją, że za słowami autora idą też i czyny i że po ich owocach poznam, iż jest dobry. Jest. Jeszcze jak. 
   Najpiękniejsze w mojej przygodzie z Saundersem jest to, że, zanim sięgnęłam po książkę, nie miałam o nim bladego pojęcia. Nazwisko gdzieś tam obiło mi się o uszy, ale czytałam jego opowiadania bez oczekiwań, jakie mogłabym mieć, gdyby błogosławiona Ignorancja nie pozwoliła mi ominąć wszelkich nowinek o Największym Żyjącym Pisarzu Amerykańskim, Którym Zachwyca Się Zadie Smith i Który Jest Następcą Vonneguta.
    Skojarzenia z nazwiskiem ostatniego nasuwają się przy lekturze niemalże od razu. Sam Saunders przyznaje, że swoją przygodę z pisarstwem zaczął pod wpływem jego twórczości. Vonneguta uwielbiam, ale, z całym szacunkiem, w moim odczuciu uczeń przerósł mistrza. Saunders nie ogranicza się do trafnego i pięknie ironicznego komentarza do współczesności i obserwowanej przez siebie kondycji ludzkości. Przy całej krytyce otaczającej go rzeczywistości, autor dostrzega i podkreśla tę kruchą warstwę wrażliwości oraz dobra, którą widzi jako nieodzowną cechę człowieczeństwa - coś wspólnego wszystkim ludziom, a więc będącego podstawą dla porozumienia między nimi. Pokazuje, jak trudno jest się temu przebić przez warstwę kulturowej skorupy, ludzkiej dumy, nieufności i strachu przed obnażeniem. I że czasem się udaje. Poza tym historiom opowiadanym przez Saundersa oddać należy, że są zwyczajnie ciekawe i dobrze skonstruowane. 
    Pisarz wspaniale oddaje problemy dzisiejszego świata, różnice społeczne oraz relacje międzyludzkie. Bez patosu, bez cynizmu, po prostu. To zrozumienie dla człowieka i zaakceptowanie go takim, jakim jest, jest czymś niezwykle wzruszającym. Właśnie przez takie rzeczy zostaję czyjąś psychofanką. W zbiorze opowiadań Saundersa widzimy też cały wachlarz jego językowych umiejętności. Każde opowiadanie ma swój unikalny klimat, każdy bohater swój własny sposób mówienia, każdy tekst swój własny sposób prowadzenia narracji. Tak że, no.... polecam.
   Jest to jedyne dzieło autora, które ukazało się po polsku. Do tej pory pisał krótkie formy, głównie nowele, ktore ukazywały się w amerykańskich magazynach. Niedawno w języku angielskim ukazała się jego pierwsza dłuższa historia - Lincoln in the bardo - czekamy!
Zapraszam też na:
Lamusowy Instagram

Lamusowy Facebook


 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz