poniedziałek, 24 listopada 2014

,,Księgi Jakubowe" - recenzja


Pozwolę sobie zaprezentować popełnioną przeze mnie przy pewnej okazji recenzję ,,Ksiąg Jakubowych" Olgi Tokarczuk. Przez rodzaj tejże okazji jest nieco sztywna, a na pewno nie oddaje nawet w 1/10 mojego entuzjazmu dla tej książki. Może to i lepiej.


Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe

Często bywa tak, że największe zapowiedzi roku w jakiejkolwiek dziedzinie okazują się dla zaintrygowanych i zniecierpliwionych fanów wielkim rozczarowaniem. Nie tym razem.

Księgi Jakubowe to najnowsza powieść Olgi Tokarczuk, opowiadająca losy autentycznej postaci, Jakuba Franka, który w XVIII. wieku pociągnął za sobą sporą ilość żydowskich zwolenników uważającego się za mesjasza Szabtaja Cwi. Historia samego przywódcy, jak i zgromadzonej wokół niego grupy ,,prawowiernych” pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji. Widzimy kilkadziesiąt lat z życia żydowskiej sekty, poznajemy główne poglądy głoszone przez Jakuba, śledzimy kolejne wydarzenia, między innymi założenie swoistej komuny w Iwaniu czy masową konwersję na katolicyzm. Autorka widzi we Franku charyzmatyczną postać, pewnego siebie przywódcę porywającego tłumy, zniewalającego kobiety i potrafiącego zjednać sobie każdego – od prostych ludzi wszelkich nacji po osoby wpływowe, nawet głowy państw. Jego ekscentryczny styl bycia oraz nietuzinkowe poglądy intrygują na tyle, że nie da się przejść obok niego obojętnie. Portrety innych postaci również są wyraziste i zapadają w pamięć. Biorąc pod uwagę ich ilość oraz fakt, że wiele z nich to realne osoby żyjące w XVIII. wieku, należy uznać to za niemały sukces autorki.
Jak czytamy w podtytule, stworzona przez Olgę Tokarczuk powieść historyczna została ,,wspomożona imaginacją”. Pojawia się wiele wątków odbiegających od realności, jak patrząca na wszystko z góry nieumarła Jenta, proroctwa Chai i różnorodne motywy mistyczne. Powieść pozostaje w specyficznym dla autorki klimacie realizmu magicznego (choć ona sama odżegnuje się od tego pojęcia). Nie brakuje tu też charakterystycznych dla Tokarczuk tematów: podróży, nomadyczności, zainteresowania ciałem, dociekań dotyczących ludzkiej tożsamości, rozważań na temat miejsca człowieka we wszechświecie. Wiele uwagi skupia autorka na postaciach kobiecych, ich roli, a także sytuacji kobiet w ówczesnych czasach. Chociaż wiele obsesji Tokarczuk zostaje tu wyciszonych – autorka musiała nabrać dystansu i spojrzeć na pewne rzeczy z perspektywy innej niż współczesna. W Księgach Jakubowych znajdziemy też wiele rozważań na temat niestałości natury ludzkiej, upływu czasu, a nawet problemów tak subtelnych jak spór nauki ze sztuką.
Dostajemy obszerny obraz życia w osiemnastowiecznej Polsce, swoistą panoramę społeczną - przekrój przez nacje, religie i stany. Wgłębiamy się w koloryt wielokulturowego Podola, gdzie Żydzi płacą zbyt wysokie podatki, chłopi nie nadążają z odrabianiem pańszczyzny, a na uliczkach słychać całą gamę języków. Bogate jest również ogólne tło epoki. Wraz z Jakubem gościmy na dworach polskich magnatów, odwiedzamy również cesarza Józefa II i Marię Teresę. Śledzimy modę polską, austriacką i turecką. Wchodzimy do kawiarni, by nowym zwyczajem wypić herbatę i poczytać gazetę. W operze wiedeńskiej słuchamy kompozycji Mozarta i Haydna. Docierają do nas echa teorii niejakiego Newtona czy filozofie Kanta, poznajemy wynalazek, którym jest camera obscura. Ogromne wrażenie robią na nas Nowe Ateny księdza Benedykta Chmielowskiego, mające być dostępnym dla każdego kompendium wiedzy o świecie. Dociekamy istoty modnego pojęcia ,,oświecenia”.
Autorce znakomicie udało się pogodzić rygor powieści historycznej, wymuszający wierność faktom i realizm, z jej własną wizją rzeczywistości, wrażliwością i osobowością pisarską. Niemal każda strona to dowód ogromnego wkładu pracy, dokładności i wnikliwości autorki.
Warto zwrócić uwagę na sposób wydania Ksiąg Jakubowych. To edytorski majstersztyk. Na graficzną stronę książki składają się prosta okładka, zaznaczone poszczególne księgi, zdjęcia dokumentów czy stron z kabalistycznych ksiąg oraz ryciny przedstawiające niektórych bohaterów. Numeracja stron jest malejąca – jest to ukłonem w stronę ksiąg hebrajskich i przypomina, że każdy porządek to kwestia przyzwyczajenia. Na początku każdej strony pojawia się napisane jaśniejszym drukiem ostatnie słowo ze strony poprzedniej (jako pomoc dla naszej zawodnej pamięci – sama autorka przyznaje w wywiadach, że zdarza jej się zgubić wątek, kiedy przewraca kartkę). Ciekawa edycja jest w przypadku Ksiąg Jakubowych dużym atutem, działającym na korzyść jej formy papierowej. To dzieło monumentalne pod każdym względem. Dziewięćset stron w twardej oprawie - odwołując się do mojego podziału, jest to format zdecydowanie nie autobusowy.
Co sprawiło, że Jakub Frank, który zjednywał sobie tłumy, porwał za sobą również autorkę? Jego odstępstwo od wszelkich norm, buntowniczość, zapędy emancypacyjne oraz herezja, którą Tokarczuk określa jako ,,najgłębszy rodzaj kontestacji”. Postać ma cechy psychopaty, pisarka sama przyznaje, że nawet zgłębienie historii życia innych przywódców sekt nie pomogło jej w zrozumieniu Franka. Dlatego też przedstawia go zawsze z perspektywy innych bohaterów.
Hucznie zapowiadane Księgi Jakubowe na pewno nie są wydawniczym niewypałem. To połączenie intrygującej historii i bogatego tła kulturowego z oryginalną wrażliwością pisarską Olgi Tokarczuk. Absolutny must read tego sezonu.  


Mast srid. To tyle o książce, zapewniam, że nie ma w moich wywodach spoilerów (sroilerów), fabuła jest tak bogata, że nie wiem, czy da się w ogóle w tak krótkim tekście jak mój zdradzić zbyt wiele. Ciekawe jest natomiast to, co do powiedzenia na temat książki ma sama autorka. Najpierw przeczytałam wspianiały wywiad z Olgą Tokarczuk w październikowych ,,Książkach" - dogłębnie wyjaśnia istotę powieści z punktu widzenia pisarki, powody, dla których powstała, jest też dowodem na dojrzałość literacką samej Tokarczuk z jej charakterystycznym sposobem konstruowania świata przedstawionego. Dużo jest tu też rozważań na temat pracy pisarza - proces tworzenia powieści Tokarczuk porównuje do odgrywania sztuki przez teatr jednego aktora, i to bez publiczności. Mówi też o tym, że podczas pisania ,,Ksiąg Jakubowych" rzeczywistość w trudny do wyjaśnienia sposób podsuwała jej potrzebne pomysły czy materiały w najmniej spodziewanych momentach. To zjawisko, towarzyszące jej ponoć często podczas pisania, nazwała pomocnym światem, mundus adiumens. Polecam zresztą cały wywiad. Potem było spotkanie z autorką na Conrad Festival w Krakowie, które w zasadzie w całości dotyczyło ,,Ksiąg Jakubowych". Co ciekawe, odbyło się jeszcze przed premierą książki. Jeżeli o powieści da się mówić przez blisko dwie godziny bez odnoszenia się do konkretnych wątków i zdradzania fabuły, to musi to być prawdziwie dobre dzieło, stwierdziłam już wtedy. Nie pomyliłam się. Później w książeczce zawierającej wywiady z gośćmi festiwalu przeczytałam jeszcze parę zdań od autorki. Przeczytania i usłyszenia słów Tokarczuk na temat ,,Ksiąg Jakubowych" nie żałuję równie mocno jak przeczytania samej powieści.


Kupiłam, leżało i czekało. Radzę jednak, mimo cegłowatości tej książki, wziąć się za nią jak najszybciej. Bo warto. 

Lamus zaprasza również na Facebooka: https://www.facebook.com/lamuskulturalny?fref=ts

środa, 12 listopada 2014

Conrad Festival i Falkon, czyli o bolesnym przebudzeniu z pięknego snu



Śniłam piękny sen. Akcja toczyła się w Krakowie - deszczowym, ale klimatycznym. Miasto stało się epicentrum literackiego wstrząsu. Na Conrad Festival przyjechały sławy takie jak Paul Auster czy Borys Akunin. Co prawda nie zdążyłam złapać wejściówek na spotkania z nimi, ale to i tak fejm i prestiż. Na szczęście cała reszta wspaniałych atrakcji była dostępna bez wejściówek. Magiczne spotkania z autorami, dobrzy prowadzący i fenomenalni tłumacze oraz organizacja festiwalu na bardzo wysokim poziomie. Duża liczba uczestników i naprawdę mądre pytania zadawane autorom. Klimat Pałacu Pod Baranami. Przeurocze spotkania ze znajomymi w krakowskich knajpach, dużo chodzenia, dużo piwa i błądzenia w przemoczonych butach po uliczkach, które każdy znać powinien, ale których ja nie potrafię się nauczyć. (Krakowskie KFC). To wszystko tworzyło specyficzny klimat schulzowskiego oniryzmu. Jak z każdego snu, zapamiętałam tylko najważniejsze fragmenty.
Spotkanie z Olgą Tokarczuk w przeddzień wydania jej opus vitae - Ksiąg Jakubowych (które każdemu polecam, nie zawiedziecie się). Półtoragodzinna rozmowa na temat książki, która jeszcze się nie ukazała bez spoilerowania - można? można. Burzliwa dysputa z Jackiem Hugo-Baderem. Wykład Davida Damroscha. DAVID DAMROSCH - ucieleśnienie stylu i klasy. Naturalny i szczery Etgar Keret. Inga Iwasiów, której udało się utrzymać w stosownych ryzach swojego feministycznego demona. Janusz Głowacki - jednak klnie na żywo tak jak w książkach. 
(Dygresja: Zawsze mam problem z przekleństwami w książkach. Uważam, że trzeba mieć naprawdę dobry warsztat i wyczucie stylu, żeby nie brzmiały pretensjonalnie, żałośnie, szpanersko lub grafomańsko. U Głowackiego wydawały mi się niby OK, ale jednak czułam ich przesyt. Nie ufałam ich naturalności (a wymuszanie przekleństw, żeby było fajniej niezmiernie mnie mierzi). Pan Janusz jednak już pierwszym zdaniem uspokoił co do tego, że przekleństwa w jego książkach są naturalną koleją rzeczy.)
Kafka w komiksie. W komiksie niemieckim, na szczęście załapałam się na jeden z nielicznych egzemplarzy folderu z tłumaczeniem. Nie załapałam się za to na występ innych obsesjonatów Kafki - Kafka Bandu. Ani na Szczepana Twardocha, czego trochę żałuję. Nie trafiłam też ostatecznie na Targi Książki, ale podobno tu akurat nie mam czego żałować. 
Mój sen trwał prawie tydzień, pełno w nim było rozmów o życiu i literaturze, spotkań ze znajomymi, życzliwości ludzi, deszczu i Krakowa (tak, deszcz i Kraków też były na swój sposób życzliwe). Było pięknie. 



Po powrocie do rzeczywistości jeszcze przez dwa tygodnie chodziłam zaspana, nie kontaktując. Rozbudziłam się na dobre, kiedy pod wpływem impulsu kupiłam wejściówki na Falkon. Pięćdziesiąt złotych za trzy dni, podczas których przez 90% czasu się nudziłam, przy jednoczesnym załamywaniu się przez połowę z tego. Boleśnie przekonałam się, że (polska) fantastyka jest w większej części literaturą niezbyt wysokich lotów. Dowiedziałam się, że istnieje alternatywna historia literatury (drugie pokolenie Nowej Fali w fantastyce, serio?). Że dobrze jest znać i (bardzo często) wspominać Tolkiena i Sapkowskiego, ale zaznaczając, że nie jest się nimi aż tak zachwyconym - dobrzy pisarze fantasy są widać zbyt mainstreamowi. Najlepiej nie chodzić na prelekcje zagranicznych autorów, jeszcze okaże się, że mają coś ciekawego do powiedzenia. A wszystkim innym zadawać pytanie ,,Co Pana inspiruje?", względnie pytać ich o miecze, szable i konie. Okazało się, że Krasiński załapał się do Pocztu Nerdów Polskich (no dobra, poza nie wiem skąd wyjętą definicją nerda, ta prelekcja była akurat sensowna). Totalnie niezgodna z opisem, ale interesująca i dobrze przygotowana była też prelekcja o tajnych kodach gangsterów. Dobre wrażenie zrobił na mnie pan Piskorski. Złe Grzędowicz (cyniczny i arogancki). Na Conradzie pytanie o to, kiedy autor skończy książkę, nad którą pracuje pojawiło się raz i zostało wyśmiane. Tutaj było to jedno z kilku ciągle powtarzanych każdemu autorowi pytań. Problem jak dla mnie polega na tym, że większość z tych ludzi interesuje tylko opowiedzenie historii. Dla mnie w literaturze chodzi jednak o coś więcej: o jakąś głębię i o jakiś styl. Z tymi autorami nie było po prostu za bardzo o czym rozmawiać. Zbyt mało życiowej filozofii, kontekstów i głębszej refleksji. 
RPGami nigdy się nie interesowałam, tym razem też nic mnie do nich nie przyciągnęło. Jeśli chodzi o gry, to kupiłam sobie tylko Dobble - coś na swoim poziomie. Organizacja była moim zdaniem fatalna, chociaż może i tak dobra patrząc na fakt, że Falkon z roku na rok rozrasta się w bardzo szybkim tempie. Tak czy inaczej, godzinne opóźnienie KOSplaya i liczne wpadki podczas jego trwania były irytujące. Pewnie wielu rzeczy bym nie zauważyła lub mniej by mnie raziły, gdybym nie była świeżo przebudzona z pięknego snu conradowskiego, nie mniej jednak nie wydałabym więcej pieniędzy na Falkon. Nie spodziewałam się nigdy po tym konwencie zbyt wiele, ale też i nie aż tak niewiele. Pewnie ludzie interesujący się grami wynieśli z niego więcej (bo sobie pograli). W swojej czytelniczej karierze nie zostałam skrzywdzona naprawdę żadną złą fantastyką, zderzenie z rzeczywistością było zatem bolesne.



Reasumując: jedźcie na Conrad, olejcie Falkon. Nawet jeśli ktoś nie jest obsesyjnie zakochany w literaturze współczesnej, coś z krakowskiego festiwalu wyniesie. Spotkania z ciekawymi ludźmi - w przeciwieństwie do spotkań z ludźmi nieciekawymi - są ciekawe! Z Falkonu laik nie wyniesie nic. 

Bo najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. Czy jakoś tak.

Lamus zaprasza również na Facebooka: https://www.facebook.com/lamuskulturalny?fref=ts