poniedziałek, 24 listopada 2014

,,Księgi Jakubowe" - recenzja


Pozwolę sobie zaprezentować popełnioną przeze mnie przy pewnej okazji recenzję ,,Ksiąg Jakubowych" Olgi Tokarczuk. Przez rodzaj tejże okazji jest nieco sztywna, a na pewno nie oddaje nawet w 1/10 mojego entuzjazmu dla tej książki. Może to i lepiej.


Olga Tokarczuk, Księgi Jakubowe

Często bywa tak, że największe zapowiedzi roku w jakiejkolwiek dziedzinie okazują się dla zaintrygowanych i zniecierpliwionych fanów wielkim rozczarowaniem. Nie tym razem.

Księgi Jakubowe to najnowsza powieść Olgi Tokarczuk, opowiadająca losy autentycznej postaci, Jakuba Franka, który w XVIII. wieku pociągnął za sobą sporą ilość żydowskich zwolenników uważającego się za mesjasza Szabtaja Cwi. Historia samego przywódcy, jak i zgromadzonej wokół niego grupy ,,prawowiernych” pełna jest niespodziewanych zwrotów akcji. Widzimy kilkadziesiąt lat z życia żydowskiej sekty, poznajemy główne poglądy głoszone przez Jakuba, śledzimy kolejne wydarzenia, między innymi założenie swoistej komuny w Iwaniu czy masową konwersję na katolicyzm. Autorka widzi we Franku charyzmatyczną postać, pewnego siebie przywódcę porywającego tłumy, zniewalającego kobiety i potrafiącego zjednać sobie każdego – od prostych ludzi wszelkich nacji po osoby wpływowe, nawet głowy państw. Jego ekscentryczny styl bycia oraz nietuzinkowe poglądy intrygują na tyle, że nie da się przejść obok niego obojętnie. Portrety innych postaci również są wyraziste i zapadają w pamięć. Biorąc pod uwagę ich ilość oraz fakt, że wiele z nich to realne osoby żyjące w XVIII. wieku, należy uznać to za niemały sukces autorki.
Jak czytamy w podtytule, stworzona przez Olgę Tokarczuk powieść historyczna została ,,wspomożona imaginacją”. Pojawia się wiele wątków odbiegających od realności, jak patrząca na wszystko z góry nieumarła Jenta, proroctwa Chai i różnorodne motywy mistyczne. Powieść pozostaje w specyficznym dla autorki klimacie realizmu magicznego (choć ona sama odżegnuje się od tego pojęcia). Nie brakuje tu też charakterystycznych dla Tokarczuk tematów: podróży, nomadyczności, zainteresowania ciałem, dociekań dotyczących ludzkiej tożsamości, rozważań na temat miejsca człowieka we wszechświecie. Wiele uwagi skupia autorka na postaciach kobiecych, ich roli, a także sytuacji kobiet w ówczesnych czasach. Chociaż wiele obsesji Tokarczuk zostaje tu wyciszonych – autorka musiała nabrać dystansu i spojrzeć na pewne rzeczy z perspektywy innej niż współczesna. W Księgach Jakubowych znajdziemy też wiele rozważań na temat niestałości natury ludzkiej, upływu czasu, a nawet problemów tak subtelnych jak spór nauki ze sztuką.
Dostajemy obszerny obraz życia w osiemnastowiecznej Polsce, swoistą panoramę społeczną - przekrój przez nacje, religie i stany. Wgłębiamy się w koloryt wielokulturowego Podola, gdzie Żydzi płacą zbyt wysokie podatki, chłopi nie nadążają z odrabianiem pańszczyzny, a na uliczkach słychać całą gamę języków. Bogate jest również ogólne tło epoki. Wraz z Jakubem gościmy na dworach polskich magnatów, odwiedzamy również cesarza Józefa II i Marię Teresę. Śledzimy modę polską, austriacką i turecką. Wchodzimy do kawiarni, by nowym zwyczajem wypić herbatę i poczytać gazetę. W operze wiedeńskiej słuchamy kompozycji Mozarta i Haydna. Docierają do nas echa teorii niejakiego Newtona czy filozofie Kanta, poznajemy wynalazek, którym jest camera obscura. Ogromne wrażenie robią na nas Nowe Ateny księdza Benedykta Chmielowskiego, mające być dostępnym dla każdego kompendium wiedzy o świecie. Dociekamy istoty modnego pojęcia ,,oświecenia”.
Autorce znakomicie udało się pogodzić rygor powieści historycznej, wymuszający wierność faktom i realizm, z jej własną wizją rzeczywistości, wrażliwością i osobowością pisarską. Niemal każda strona to dowód ogromnego wkładu pracy, dokładności i wnikliwości autorki.
Warto zwrócić uwagę na sposób wydania Ksiąg Jakubowych. To edytorski majstersztyk. Na graficzną stronę książki składają się prosta okładka, zaznaczone poszczególne księgi, zdjęcia dokumentów czy stron z kabalistycznych ksiąg oraz ryciny przedstawiające niektórych bohaterów. Numeracja stron jest malejąca – jest to ukłonem w stronę ksiąg hebrajskich i przypomina, że każdy porządek to kwestia przyzwyczajenia. Na początku każdej strony pojawia się napisane jaśniejszym drukiem ostatnie słowo ze strony poprzedniej (jako pomoc dla naszej zawodnej pamięci – sama autorka przyznaje w wywiadach, że zdarza jej się zgubić wątek, kiedy przewraca kartkę). Ciekawa edycja jest w przypadku Ksiąg Jakubowych dużym atutem, działającym na korzyść jej formy papierowej. To dzieło monumentalne pod każdym względem. Dziewięćset stron w twardej oprawie - odwołując się do mojego podziału, jest to format zdecydowanie nie autobusowy.
Co sprawiło, że Jakub Frank, który zjednywał sobie tłumy, porwał za sobą również autorkę? Jego odstępstwo od wszelkich norm, buntowniczość, zapędy emancypacyjne oraz herezja, którą Tokarczuk określa jako ,,najgłębszy rodzaj kontestacji”. Postać ma cechy psychopaty, pisarka sama przyznaje, że nawet zgłębienie historii życia innych przywódców sekt nie pomogło jej w zrozumieniu Franka. Dlatego też przedstawia go zawsze z perspektywy innych bohaterów.
Hucznie zapowiadane Księgi Jakubowe na pewno nie są wydawniczym niewypałem. To połączenie intrygującej historii i bogatego tła kulturowego z oryginalną wrażliwością pisarską Olgi Tokarczuk. Absolutny must read tego sezonu.  


Mast srid. To tyle o książce, zapewniam, że nie ma w moich wywodach spoilerów (sroilerów), fabuła jest tak bogata, że nie wiem, czy da się w ogóle w tak krótkim tekście jak mój zdradzić zbyt wiele. Ciekawe jest natomiast to, co do powiedzenia na temat książki ma sama autorka. Najpierw przeczytałam wspianiały wywiad z Olgą Tokarczuk w październikowych ,,Książkach" - dogłębnie wyjaśnia istotę powieści z punktu widzenia pisarki, powody, dla których powstała, jest też dowodem na dojrzałość literacką samej Tokarczuk z jej charakterystycznym sposobem konstruowania świata przedstawionego. Dużo jest tu też rozważań na temat pracy pisarza - proces tworzenia powieści Tokarczuk porównuje do odgrywania sztuki przez teatr jednego aktora, i to bez publiczności. Mówi też o tym, że podczas pisania ,,Ksiąg Jakubowych" rzeczywistość w trudny do wyjaśnienia sposób podsuwała jej potrzebne pomysły czy materiały w najmniej spodziewanych momentach. To zjawisko, towarzyszące jej ponoć często podczas pisania, nazwała pomocnym światem, mundus adiumens. Polecam zresztą cały wywiad. Potem było spotkanie z autorką na Conrad Festival w Krakowie, które w zasadzie w całości dotyczyło ,,Ksiąg Jakubowych". Co ciekawe, odbyło się jeszcze przed premierą książki. Jeżeli o powieści da się mówić przez blisko dwie godziny bez odnoszenia się do konkretnych wątków i zdradzania fabuły, to musi to być prawdziwie dobre dzieło, stwierdziłam już wtedy. Nie pomyliłam się. Później w książeczce zawierającej wywiady z gośćmi festiwalu przeczytałam jeszcze parę zdań od autorki. Przeczytania i usłyszenia słów Tokarczuk na temat ,,Ksiąg Jakubowych" nie żałuję równie mocno jak przeczytania samej powieści.


Kupiłam, leżało i czekało. Radzę jednak, mimo cegłowatości tej książki, wziąć się za nią jak najszybciej. Bo warto. 

Lamus zaprasza również na Facebooka: https://www.facebook.com/lamuskulturalny?fref=ts

środa, 12 listopada 2014

Conrad Festival i Falkon, czyli o bolesnym przebudzeniu z pięknego snu



Śniłam piękny sen. Akcja toczyła się w Krakowie - deszczowym, ale klimatycznym. Miasto stało się epicentrum literackiego wstrząsu. Na Conrad Festival przyjechały sławy takie jak Paul Auster czy Borys Akunin. Co prawda nie zdążyłam złapać wejściówek na spotkania z nimi, ale to i tak fejm i prestiż. Na szczęście cała reszta wspaniałych atrakcji była dostępna bez wejściówek. Magiczne spotkania z autorami, dobrzy prowadzący i fenomenalni tłumacze oraz organizacja festiwalu na bardzo wysokim poziomie. Duża liczba uczestników i naprawdę mądre pytania zadawane autorom. Klimat Pałacu Pod Baranami. Przeurocze spotkania ze znajomymi w krakowskich knajpach, dużo chodzenia, dużo piwa i błądzenia w przemoczonych butach po uliczkach, które każdy znać powinien, ale których ja nie potrafię się nauczyć. (Krakowskie KFC). To wszystko tworzyło specyficzny klimat schulzowskiego oniryzmu. Jak z każdego snu, zapamiętałam tylko najważniejsze fragmenty.
Spotkanie z Olgą Tokarczuk w przeddzień wydania jej opus vitae - Ksiąg Jakubowych (które każdemu polecam, nie zawiedziecie się). Półtoragodzinna rozmowa na temat książki, która jeszcze się nie ukazała bez spoilerowania - można? można. Burzliwa dysputa z Jackiem Hugo-Baderem. Wykład Davida Damroscha. DAVID DAMROSCH - ucieleśnienie stylu i klasy. Naturalny i szczery Etgar Keret. Inga Iwasiów, której udało się utrzymać w stosownych ryzach swojego feministycznego demona. Janusz Głowacki - jednak klnie na żywo tak jak w książkach. 
(Dygresja: Zawsze mam problem z przekleństwami w książkach. Uważam, że trzeba mieć naprawdę dobry warsztat i wyczucie stylu, żeby nie brzmiały pretensjonalnie, żałośnie, szpanersko lub grafomańsko. U Głowackiego wydawały mi się niby OK, ale jednak czułam ich przesyt. Nie ufałam ich naturalności (a wymuszanie przekleństw, żeby było fajniej niezmiernie mnie mierzi). Pan Janusz jednak już pierwszym zdaniem uspokoił co do tego, że przekleństwa w jego książkach są naturalną koleją rzeczy.)
Kafka w komiksie. W komiksie niemieckim, na szczęście załapałam się na jeden z nielicznych egzemplarzy folderu z tłumaczeniem. Nie załapałam się za to na występ innych obsesjonatów Kafki - Kafka Bandu. Ani na Szczepana Twardocha, czego trochę żałuję. Nie trafiłam też ostatecznie na Targi Książki, ale podobno tu akurat nie mam czego żałować. 
Mój sen trwał prawie tydzień, pełno w nim było rozmów o życiu i literaturze, spotkań ze znajomymi, życzliwości ludzi, deszczu i Krakowa (tak, deszcz i Kraków też były na swój sposób życzliwe). Było pięknie. 



Po powrocie do rzeczywistości jeszcze przez dwa tygodnie chodziłam zaspana, nie kontaktując. Rozbudziłam się na dobre, kiedy pod wpływem impulsu kupiłam wejściówki na Falkon. Pięćdziesiąt złotych za trzy dni, podczas których przez 90% czasu się nudziłam, przy jednoczesnym załamywaniu się przez połowę z tego. Boleśnie przekonałam się, że (polska) fantastyka jest w większej części literaturą niezbyt wysokich lotów. Dowiedziałam się, że istnieje alternatywna historia literatury (drugie pokolenie Nowej Fali w fantastyce, serio?). Że dobrze jest znać i (bardzo często) wspominać Tolkiena i Sapkowskiego, ale zaznaczając, że nie jest się nimi aż tak zachwyconym - dobrzy pisarze fantasy są widać zbyt mainstreamowi. Najlepiej nie chodzić na prelekcje zagranicznych autorów, jeszcze okaże się, że mają coś ciekawego do powiedzenia. A wszystkim innym zadawać pytanie ,,Co Pana inspiruje?", względnie pytać ich o miecze, szable i konie. Okazało się, że Krasiński załapał się do Pocztu Nerdów Polskich (no dobra, poza nie wiem skąd wyjętą definicją nerda, ta prelekcja była akurat sensowna). Totalnie niezgodna z opisem, ale interesująca i dobrze przygotowana była też prelekcja o tajnych kodach gangsterów. Dobre wrażenie zrobił na mnie pan Piskorski. Złe Grzędowicz (cyniczny i arogancki). Na Conradzie pytanie o to, kiedy autor skończy książkę, nad którą pracuje pojawiło się raz i zostało wyśmiane. Tutaj było to jedno z kilku ciągle powtarzanych każdemu autorowi pytań. Problem jak dla mnie polega na tym, że większość z tych ludzi interesuje tylko opowiedzenie historii. Dla mnie w literaturze chodzi jednak o coś więcej: o jakąś głębię i o jakiś styl. Z tymi autorami nie było po prostu za bardzo o czym rozmawiać. Zbyt mało życiowej filozofii, kontekstów i głębszej refleksji. 
RPGami nigdy się nie interesowałam, tym razem też nic mnie do nich nie przyciągnęło. Jeśli chodzi o gry, to kupiłam sobie tylko Dobble - coś na swoim poziomie. Organizacja była moim zdaniem fatalna, chociaż może i tak dobra patrząc na fakt, że Falkon z roku na rok rozrasta się w bardzo szybkim tempie. Tak czy inaczej, godzinne opóźnienie KOSplaya i liczne wpadki podczas jego trwania były irytujące. Pewnie wielu rzeczy bym nie zauważyła lub mniej by mnie raziły, gdybym nie była świeżo przebudzona z pięknego snu conradowskiego, nie mniej jednak nie wydałabym więcej pieniędzy na Falkon. Nie spodziewałam się nigdy po tym konwencie zbyt wiele, ale też i nie aż tak niewiele. Pewnie ludzie interesujący się grami wynieśli z niego więcej (bo sobie pograli). W swojej czytelniczej karierze nie zostałam skrzywdzona naprawdę żadną złą fantastyką, zderzenie z rzeczywistością było zatem bolesne.



Reasumując: jedźcie na Conrad, olejcie Falkon. Nawet jeśli ktoś nie jest obsesyjnie zakochany w literaturze współczesnej, coś z krakowskiego festiwalu wyniesie. Spotkania z ciekawymi ludźmi - w przeciwieństwie do spotkań z ludźmi nieciekawymi - są ciekawe! Z Falkonu laik nie wyniesie nic. 

Bo najlepsze rzeczy w życiu są za darmo. Czy jakoś tak.

Lamus zaprasza również na Facebooka: https://www.facebook.com/lamuskulturalny?fref=ts



niedziela, 28 września 2014

Powakacyjny miszmasz (i bardzo brzydkie zdjęcia)

Wakacje przeminęły intensywnie. Pogoda w tym roku dopisała, co było i plusem i minusem, patrząc na to, że pracowałam nad morzem. Było też kulturalnie, choć może nie aż tak, jak by się chciało. Wystawa Chińskiej Armii Terakotowej połączona z filmem o tym zabytku przerosła moje oczekiwania. Dostałam nawet figurkę oraz kupiłam pałeczki (tych nigdy za wiele). Bateria w aparacie wyczerpała mi się po jednym zdjęciu, które wygląda tak:


To bardzo w chińskim stylu, zrobić sobie ogromne mauzoleum i wsadzić pod ziemię gigantyczną armię z terakoty. Ale o chińskich osobliwościach innym razem. Trafiłam też na defiladę przed wyścigami Mustangów. Prawdziwy pokaz lansu, który jednak nie raził taniością. (Btw., 'tani' to ostatni przymiotnik, jakim określiłabym cokolwiek w Kołobrzegu...)


W tym roku z różnych powodów ominęło mnie wiele lubelskich atrakcji, jednak sumiennie nadrabiałam zaległości książkowe. Nie mam pojęcia, jak oddać to, co czuje student polonistyki w czasie wakacji, kiedy to może poświęcić się czytaniu tego, na co nie miał czasu w roku akademickim, przytłoczony ,,Lalkami", ,,Placówkami", ,,Próchnami" i poezją wyobraźni, na ten przykład. To jak po roku siedzenia w szpitalu i jedzenia tego, co ci dadzą, trafić na dział spożywczy w Auchan. Albo do Katie's Cupcake. 
Przeczytałam całego Houellebecqa, większość Vonneguta, trochę Dostojewskiego i nieco Balzaca oraz Joyce'a. I ,,Lekcje Madame Chic''. To jakaś 1\3 tego, co przeczytać planowałam (,,Lekcji Madame Chic" nie planowałam).
Największym wyczynem września było załatwienie sobie wejściówek, darmowych i płatnych, na większość teatralnych i filmowych wydarzeń w Lublinie po to, by następnie nie mieć czasu przez remont, możliwości przez chorobę i sił przez zawirowania życiowe, by skorzystać z którejkolwiek - jak na kulturalnego lamusa przystało. 
Jednak te wakacje przyniosły jedną istotną inspirację - przekonałam się do kina (dzięki, Kamilu!).Ale to temat na osobną notkę, która zresztą pojawi się niebawem. 

Ten post nie miał mieć sensu. Na koniec mam ochotę wychwalać zalety jesieni, powiedzieć, że to szczególny czas i moja ulubiona pora roku, ale chyba już wszyscy to zrobili, więc sobie daruję. Tak czy inaczej polecam zajrzeć do jesiennej oferty Teatru Starego i Teatru im. Juliusza Osterwy oraz na stronę: http://konfrontacje.pl/. Nie wiem, jak dla Was, ale dla mnie to będzie zdecydowanie teatralna jesień. 



piątek, 20 czerwca 2014

Wysokie Obcasy Extra: komercja w służbie kultury?

źródło: http://media2.pl/media/109282-Wysokie-Obcasy-Extra-miesiecznikiem.-Korwin-Piotrowska-na-okladce.html

Wysokie Obcasy Extra to miesięcznik, będący rozwinięciem kulturalnego dodatku do Gazety Wyborczej, zatytułowanego: Wysokie Obcasy. Na jakże opiniotwórczym forum Wizaż głos ludu stwierdza:
,,Jestem fanką dodatku do sobotniej gazety wyborczej pt: "Wysokie Obcasy", dlatego też ucieszył mnie fakt, że WO będą wydawane również w formie miesięcznika (wysokie obcasy ekstra). Już pierwszego dnia pobiegłam je kupić i zawiodłam się. Obcasy Ekstra nie mają nic wspólnego z Wysokimi Obcasami z sobotniej gazety wyborczej, bliżej im raczej do Joya; nie ma w nich ambitnych, ciekawych artykułów, a kilogramy komercji; wywiadów z gwiazdami i innych bzdur." (źródło: http://wizaz.pl/forum/showthread.php?t=426120)
Cóż, moim zdaniem trochę w tym prawdy, a trochę mocnej przesady.  To fakt, że zanim dotrzemy do spisu treści, niemal w każdym numerze musimy najpierw przedrzeć się przez dobrych parę stron reklam. Później również ich nie unikniemy. Jednak w moim odczuciu nie są one nachalne, poza tym, co począć: ,,taki mamy klimat". Aby sprzedać wartościowe treści, trzeba skądś mieć na to środki - same się nie obronią. Tak jest z czasopismami, wydawnictwami i całą resztą. Uważam więc, że Wysokim Obcasom Extra jak najbardziej chwali się zaradność w pozyskiwaniu sponsorów bez uszczerbku na wizerunku pisma. Reklamy są tu estetyczne, a ich dobór przemyślany. Dzięki temu otrzymujemy 164 (słownie: sto sześćdziesiąt cztery) strony, z których większość zapełniona jest wartościową treścią. ,,Wywiady z gwiazdami i inne bzdury" w wydaniu WOE również mi odpowiadają. Na ogół nie są to byle jakie gwiazdy, wywiady są długie i wyczerpujące, z rodzaju tych, które chcą wnieść do świadomości czytelnika ,,coś więcej". W piśmie znajdziemy felietony filozoficzne (chociaż pana Mikołejko strawić nie mogę), porady z zakresu savoir-vivre'u, zapowiedzi kulturalne, wywiady (te, które utkwiły mi w pamięci, to na przykład wywiad z byłą sędzią Sądu Najwyższego Teresą Romer czy z Moniką Jaruzelską z ostatniego numeru - jeszcze przed śmiercią generała, a jakże na czasie). Opowieści o ciekawych ludziach, wspomnienia ze starych dobrych czasów, reportaże z podróży, artykuły poświęcone historii mody i sztuce. Jest też owa ,,joyowa" strona Wysokich Obcasów Ekstra - kilka stron prawie na końcu dotyczących ubrań i kosmetyków.


Tym, co jest niewątpliwym plusem WOE, jest ich oprawa graficzna i ładnie skomponowane okładki - coś, co według mnie musi mieć dobre czasopismo okołokulturalne. Pismo niestety należy do tych, które mogą zdrowo nadszarpnąć nasz budżet (a mój budżet nadszarpywany jest co miesiąc przez kilka takowych...). Ostatnio zadziwia nawet regularnością ukazywania się, z czym wcześniej bywało średnio.
Ogólnie: jeśli docenimy rodzaj i wygląd reklam, oprawę graficzną oraz większość ,,wnętrza" Wysokich Obcasów Ekstra, nie powinniśmy, według mnie, narzekać na jego komercyjność. Jest to kulturalne czasopismo, które chce być bliżej ludzi. Mało hipsterskie, ale na pewno bardziej wartościowe, niż większość gazet dostępnych na rynku.  Osobiście do Joya bym nie porównywała.

Lamus zaprasza na Facebooka: https://www.facebook.com/lamuskulturalny?fref=ts 
Możecie również dodawać blog do obserwowanych (taki mały czarny pasek z prawej strony, który rozwinie się, gdy najedziecie na niego myszką, na pewno Wam to umożliwi ;] ).

poniedziałek, 9 czerwca 2014

Carnaval Sztukmistrzów

Boy - Żeleński (jedna z moich miłości i fascynacji od dawien dawna) oderwał mnie skutecznie od rzeczywistości. Ta zaś była ciekawa: Festiwal Kolorów w Lublinie, Noc Kultury - oba wydarzenia spędziłam z Boyem lub śpiąc po wyczerpującym z nim obcowaniu. Dlatego też straty nie odczuwam bardzo boleśnie, o wiele gorzej zniosę to, że najprawdopodobniej ominie mnie też Carnaval Sztukmistrzów. Zareklamuję go więc przynajmniej Wam: tekstem, który skleciłam do pewnego miesięcznika (wydanie czerwcowe - jeszcze się nie ukazało, więc macie przedsmak). Pozwolę go sobie tu przytoczyć (stopień zmian bardzo niewielki).

 
Pandoras Circus, fot. J. Scherer
 


Lubelski karnawał w środku lata

Lublin. ,,Prowincja”, na której rozgrywa się wiele wydarzeń na skalę ogólnokrajową, a nawet ogólnoeuropejską. I (chociaż) nie chodzi mi o Eurowizję, my (również) nie mamy się czego wstydzić.

W lecie, a w tym roku będą to dni 24-27. lipca, lubelskie ulice ożywają. Sztukmistrze – nie tylko z Lublina – wychodzą do ludu, by dzielić się swoimi umiejętnościami, uśmiechem i radością – trwa Carnaval Sztukmistrzów. To przeurocze wydarzenie przypomina nam, że karnawalizacja (jeśli nie życia, to chociaż czterech dni w roku) jest czymś potrzebnym i warto od czasu do czasu obudzić w sobie prawdziwego homo ludens. Wydarzenie faktycznie wywraca do góry nogami życie miasta, dookoła nas clowni i żonglerzy, nad nami highlinerzy, w nas – euforia i chęć zabawy. To ona bowiem jest istotą karnawału.

Do Lublina zjeżdżają artyści z całej Europy. Liczy się ich w tysiącach. Carnaval Sztukmistrzów to kontynuacja Festiwalu Sztukmistrzów, który po raz pierwszy odbył się w naszym mieście w 2008 roku. Swoje umiejętności mogą pokazać zarówno amatorzy, jak i starzy cyrkowi ,,wyjadacze''. Nie zabraknie również warsztatów dla przyszłych adeptów sztuki kuglarskiej. Jako Carnaval wydarzenie odbędzie się po raz piąty. 

Marmuyo i Metrayeta, fot. J. Scherer

Wszystko wyrasta z konwencji Nowego Cyrku. Cirque Nouveau charakteryzuje podejście do sztuki cyrkowej jako opowieści. W tradycyjnym cyrku widz obserwuje tylko oderwane od siebie popisy różnych artystów, Nowy Cyrk to coś więcej. W pierwotnym założeniu przedstawia spójną narrację, za pomocą różnych odmian i dyscyplin sztuki cyrkowej opowiada jakąś historię. Chce wzbudzić w nas nie tylko radość i podziw, ale również pewną refleksję. To sztuka przez duże S(z). Charakterystyczne jest też wyjście z namiotów na ulicę – by być bliżej ludzi i uczynić ich częścią widowiska. Nowy Cyrk odchodzi również od tresury i wykorzystania zwierząt w swoich praktykach.

Kogo będzie można zobaczyć? Żonglerów, aktorów, tancerzy, akrobatów, szczudlarzy, buskerów (osoby występujące publicznie, które zbierają pieniądze ,,do kapelusza''), mimów, clownów, entuzjastów fire show czy hula hoopingu (ci ostatni są mi najbardziej bliscy). Będzie wesoło i kolorowo – jak zawsze. Warto wspomnieć też o tym, że w 2012 roku w Lublinie, równolegle z Carnavalem Sztukmistrzów, trwała Europejska Konwencja Żonglerska – największa na świecie konwencja żonglerska, która od 1978. roku odbywa się rokrocznie, za każdym razem w innym kraju europejskim.

Urban Highline, fot. J. Scherer


Ci, którzy cyrkiem zainteresowani są również na co dzień, powinni wiedzieć, że w Lublinie działa Fundacja Sztukmistrze, a w niej Lubelska Grupa Kuglarzy. W dniach 8-11. maja odbyła się nasza coroczna lokalna konwencja żonglerska – ŻeLKa. Fundacja oferuje również wiele warsztatów w ramach Akademii Sztukmistrzów. 

Just Edi Show, fot. J. Scherer


Mam nadzieję, że sztukmistrze pod koniec lipca zachwycą Cię swoimi umiejętnościami oraz zarażą energią i radością. Karnawał w Rio, w Wenecji czy nowoorleańskie Mardi Gras są przereklamowane. Jedynym słusznym jest Carnaval w Lublinie. 


Idźcie więc tłumnie i róbcie zdjęcia ku potomności. Ramen!

 zdjęcia z ubiegłorocznego Carnavalu dzięki uprzejmości Warsztatów Kultury

sobota, 31 maja 2014

Raz, dwa, trzy - CYCKIII!

Lublin zaskakuje. Opiszę tu mój dzisiejszy mindfuck. Otóż dość dziwnym zbiegiem okoliczności, zwabiona kurczaczkami z KFC, trafiłam na mecz Tytanów Lublin ( z Lowlanders Białystok) - lubelskiej drużyny futbolu amerykańskiego. Zachwyciło mnie tam dosłownie wszystko - siedząc więc na czymś, co imitowało trybuny (wyglądało jak ruiny greckiego miniamfiteatru) oraz zajadając kurczaczki, chłonęłam iście niepowtarzalną atmosferę. Swoją drogą o stanie lubelskich obiektów sportowych można napisać osobną notkę - w większości właściciele, być może nawiązując do polskich sukcesów sportowych tego czasu, stawiają na estetykę PRL-u.

Ja&kurczaczki

Co do samego wydarzenia.
Przede wszystkim gra: Gu cośtam tłumaczyła, ale fakt faktem, przez większość czasu wszyscy grający zawodnicy stali na środku, ćwicząc zapasy i przepychając się, podczas gdy inni (czyli zdecydowana większość) stali po przeciwległych stronach boiska, patrząc się na nich dziwnie. O dziwo rozumiem nawet tę pasję, chociaż jestem zupełną ignorantką w kwestii futbolu (jakiegokolwiek). W każdym razie wygląda to zabawnie. Po dniu dzisiejszym nie zaskoczy mnie już nic na tego typu meczu, w ciągu pół godziny zobaczyłam chyba wszystko. Małych chłopców, zmartwionych zagubionym telefonem, który leżał na murku. Zmartwionych do czasu, kiedy to dotarło do nich, że może być ich i że może być na nim muzyka. ,,Teściową", do której zadzwoniłam z zagubionego telefonu, by powiedzieć bliskim właściciela o zgubie i jej obecnej lokalizacji. ,,Teściowa" okazała się złym wyborem, stwierdziła bowiem, że to pomyłka. Niestety nie dałyśmy dzieciom zbyt dużej satysfakcji, bo oddałyśmy telefon organizatorom - dziewczynom, które wyglądały na gimnazjum. Tak samo wyglądała również większość kibiców oraz cheerleaderki (plus ja zapewne). Cheerleaderki krzyczały coś do pięćdziesięciu kibiców, zagrzewając ich do zagrzewania drużyny, co, ku mojemu zdziwieniu, wychodziło im. Zjawiła się również okazała reprezentacja kibiców Lowlandersów, w liczbie trzech mocno pijanych osób. Po meczu Lowlandersi o mało co nie roznieśli barierek, tak mocno oddali się dziękowaniu trojgu swoich kibiców. Robili też sobie z nimi zdjęcia, krzycząc przy tym: ,,Raz, dwa, trzy - CYCKIII!". Trzeba przyznać, że Tytani wyglądają przy nich na całkiem normalną drużynę. Jeśli chodzi o wynik, to stanęło na 6:21, wygrali Lowlandersi.

Tytani

Mimo całego posrania tej dyscypliny oraz wszystkiego, co się z nią wiąże, uważam, że to bardzo ciekawy element lubelskiego krajobrazu sportowego. Oryginalne, dziwne, nudne, podobno na wysokim poziomie - chyba o to chodzi w dobrym sporcie? Przyjrzyjmy się więc bliżej naszym Tytanom. 
Są z nami od 2009 roku. Ich cel to propagowanie kultury fizycznej i sportu wśród dzieci, młodzieży i dorosłych. Oprócz trzech treningów w każdym tygodniu, Tytanów spotkamy w szpitalach, szkołach oraz domach dziecka, gdzie mogą poopowiadać o futbolu amerykańskim. W 2012 roku Tytani awansowali do I Ligi (polskiego?) Futbolu Amerykańskiego, następne powołana została drużyna Juniorów. Od przyszłego roku szkolnego będzie też działać, pod patronatem Tytanów, pierwsza w Polsce klasa z futbolem amerykańskim. Trenerem drużyny jest Delaine Swenson, na co dzień profesor KULu. Cheerleaderki to tzw. ,,Perełki Tytanów".
Chłopaki - nie rozumiemy, ale wspieramy!
To był mój szczęśliwy dzień - udało mi się zrobić zdjęcie z jednym z Tytanów. Zdjęcie jest jak najbardziej pozowane.

 Przeraża mnie mój dzisiejszy ekshibicjonizm, chociaż zachowałam wszelkie środki ostrożności przed utratą 'twarzy' (legenda głosi, że kiedy patrzysz w obiektyw podczas robienia zdjęcia, może Ci odpaść).
Na pewno jeszcze kiedyś wpadnę na mecz Tytanów, jest miło, zabawnie i niezrozumiale. Następny w Lublinie odbędzie się nie wiadomo kiedy, ale zawsze możecie pojechać w wakacje do Płocka, Krakowa czy Białegostoku (rewanż na Lowlandersach?), by wspierać lubelskich futbolistów - jak na (jak to głosi napis na jednym z lubelskich bloków) ,,Ryceży Koziego Grodu" przystało!
,,Pamiętaj, by reprezentować godnie Dziki Wschód" i "dla tych, którzy za te barwy przelali swą krew", czy jakoś tak. 
So... Raz, dwa, trzy - .....!!!!

piątek, 16 maja 2014

Lubelskie podziemia - w 30 minut dookoła niczego

Dzisiaj odbyłam krótką, acz ciekawą wycieczkę, która dostarczyła mi materiału na dwa posty. W pierwszym opiszę moje zwiedzanie podziemi lubelskiego Starego Miasta. Niestety, nie mogłam nagrać teatrzyku, ale postaram się jak najwierniej go zrecenzować - niezwykle emocjonująca inscenizacja pożaru miasta i jego uratowania przez relikwie Krzyża Świętego! Te petardy, te wybuchy! Ten głos lektora, mówiący z pełną emfazą: ,,KKKRRRAAAMYYY, SZYYYNKARZE'' - emocje nie do opisania.

Czym są lubelskie podziemia? 280-metrowym korytarzem, łączącym piwnice kamienic Starego Miasta od Rynku do Placu po Farze. Po co je zwiedzać? Żeby zobaczyć trochę makiet, panoramę miasta (tak, panoramy sprzed wieków ogląda się z piwnic), piwnice, piwnice, schody, piwnice... no i teatrzyk. Szczerze polecam, dla teatrzyku naprawdę warto.


Najpierw zaznajamiamy się z trzema makietami: z wieku VIII-X, z 2 poł. XIVw. oraz z wieku XVI:


Same piwnice są dość przyjemne, pełne malowniczych detali. Niestety, nie ponapawamy się ich widokiem, gdyż musimy pędzić sprintem, niczym koło trumny ś.p. Lecha Kaczyńskiego w Pałacu Prezydenckim swojego czasu. W zasadzie chodzi o to, żeby obejrzeć makiety, przebiec się podziemiami,obejrzeć teatrzyk i posłuchać pani przewodnik, która mówi tak szybko, że mogłaby czytać formułkę w reklamach leków. Jak na 8zł, całkiem przednia zabawa. Oto, co udało mi się uchwycić w biegu:


kamienie

beczka

Jak widać - czysto i przytulnie. Jeśli więc ktoś bardzo lubi piwnice, ale boi się, że w swojej własnej znajdzie szczury, pijaków, złodziei i morderców, po (dużo) wcześniejszym zapisaniu się, może spełnić swoje fantazje w bezpiecznym miejscu. A na końcu czeka go.... teatrzyk!
Zakochałam się w nim. Przeuroczy pokaz kiczu, zarówno słowny, jak i wizualny. Słuchając niezwykle wczutego w swoją opowieść lektora, poznajemy XVIII-wieczny Lublin, patrząc na nieruchomy obraz makiety, która miała być ruchoma i zastanawiając się, o co chodzi. Zachodzimy na rynek, słyszymy gwar. Zachodzimy do klasztoru - słyszymy modlące się siostry. Dalej nic się nie rusza. Jakie jest więc nasze zaskoczenie, kiedy po wejściu do synagogi i odsłuchaniu śpiewu rabina słyszymy grzmoty i trzaski. Groza. Czy to piwnice się walą? Nie, to tylko makieta w końcu ożyła. Oglądamy okraszony błyskami i czerwonymi neonami (to chyba miał być ogień) pożar miasta z 2 czerwca 1719 roku. Zuo i zagłada. Ale oto dzielni dominikanie idą naprzeciw pożarowi z relikwią Krzyża Świętego! Odważnie wychodzą z bramy, stają na moście, nieruchomieją, gdy wtem ich alter ega wychodzą z dołu, kontynuując swój pochód. Co prawda ich pierwsze ciała dalej straszą na moście, ale przynajmniej stał się cud - ogień poddał się w obliczu tak twardego argumentu, jak drewno Krzyża Świętego, miasto zostało ocalone. Lektor, równie przejęty, co podczas relacjonowania wydarzeń z rynku, każe modlić się do Boga, by nas ani naszych dzieci nie spotkał podobny los. I słusznie, wszak relikwie w późniejszym czasie zostały skradzione, zachował się tylko 'wcześniej odłączony', maleńki kawałeczek, a kto wie, czy tak maleńki kawałeczek poradziłby sobie z pożarem! Pewnie tak, ale zawsze lepiej zapobiegać, niż leczyć, jak mawiali starożytni górale. Tak więc pouczeni co do podstawowych zasad przeciwpożarowych, wychodzimy z podziemi, kończąc naszą 30-minutową wycieczkę po kilkunastu wiekach z historii miasta. 
A tak wyglądała makieta, zanim zaczęła się ruszać:

Wycieczka w ten deszczowy dzień była niezwykle urocza, zwłaszcza, że prosto z podziemi poszliśmy do kaplicy św. Trójcy, gdzie również było zabawnie, ale o tym później. Na koniec mistyczny widok, jaki udało mi się uchwycić w podziemiach:
Nie dodałam zdjęcia panoramy Lublina z któregośtam wieku, musicie mi wybaczyć.
Wszystkim tym, którym na pół godziny nie chce się ruszać tyłka z domu albo nie mają możliwości obejrzenia lubelskich podziemi na żywo, polecam wirtualny spacer: http://teatrnn.pl/podziemia/spacer
Pewnie nie uświadczycie tam teatrzyku, dlatego mimo wszystko namawiam do realnych odwiedzin! 

Czujecie się zachęceni?

sobota, 22 marca 2014

Ja & ,,Bluszcz'' - still better love story than Twilight

   Od dawna już noszę się z myślą o napisaniu posta dotyczącego moich ulubionych gazet. Po drodze doszłam do wniosku, że nie da się tego ogarnąć jedną notką - każde z tych czasopism jest moim zdaniem warte nieco bardziej dokładnego przybliżenia. Zacznę od pisma z wieloletnią tradycją i burzliwą historią, którego w tym momencie nie ma już co prawda na rynku, ale dwa lata, przez które towarzyszyło mi ono w mojej jakże wspaniałej egzystencji, wspominam baaardzo dobrze i równie bardzo za nim tęsknię (sic!). 
Pamiętam, jak kupiłam je pierwszy raz, zachęcona wyróżniającą się na tle innych okładką. Był to numer, który wyszedł w pierwsze urodziny czasopisma, później przez dwa lata wyrzucałam sobie, że ominęło mnie dwanaście wspaniałych miesięcy obcowania z nim. Pamiętam, jak czytałam je wszędzie. Pamiętam wszystkie wygrane za pomocą kretyńskich komentarzy na Facebooku konkursy (,,Biała lokomotywa'' Stachury <3). Pamiętam, jak na zajęciach wygłaszałam o nim prezentację. I pamiętam ten piękny, słoneczny, wakacyjny dzień, kiedy to dowiedziałam się, że więcej go nie zobaczę. Ani nie dotknę. Być może moi znajomi też go pamiętają, bo byłam wtedy w czarnej rozpaczy, którą wylewałam na wszystko dookoła. I tak, byłam nawiedzona, ale proszę się nie śmiać, bo była to jedna z najtragiczniejszych chwil i największych strat w moim życiu! Tego posta podzielę na podrozdziały, coby było przejrzyściej. Być może ktoś dzięki tej notce zrozumie, co czułam do tego pisma i dlaczego.
(He he, wiem, że nie)
O, jednak prawie trzy lata
Dawne ,,Bluszcza'' początki
   Założony przez Michała Glücksberga ilustrowany tygodnik dla kobiet wydawany był najpierw w latach:
 1865–1918, 1921–1939. Realizował program emancypacji kobiet, a współpracowały z nim osobistości, takie jak Maria Konopnicka, Eliza Orzeszkowa, Adam Asnyk, K.I. Gałczyński czy Maria Kuncewiczowa. Jak będę duża i bogata, to znajdę i dorwę za wszelką cenę numery z tamtych lat. Można tam było znaleźć nowinki modowe, porady dotyczące spraw codziennych, związanych z prowadzeniem domu, ale też ze zdrowym i aktywnym stylem życia. Było to jedno z pierwszych czasopism, które wychodziło naprzeciw wymaganiom kobiet i walczyło o zmianę jej pozycji i wizerunku w społeczeństwie. Wtedy też bym je kochała!

Reaktywacja
W 2008 roku zostało wznowione wydawanie ,,Bluszczu'' z podtytułem ,,Pismo miesięczne ilustrowane dla kobiet''. Redaktor Naczelną była Joanna Laprus-Mikulska. Pismo pod jej redakcją miało niepowtarzalny klimat. Przeurocze były zwłaszcza prezentowane na jego łamach fragmenty ,,Bluszczu'' sprzed wojny. Coś pięknego. Grafika to coś, co zawsze było mocną stroną tej gazety. Naprawdę można się było w niej zakochać. Poza zdjęciami okładek recenzowanych książek, całe pismo było pięknie ilustrowane. Długie, wyczerpujące i wartościowe wywiady, fragmenty powieści czy opowiadań obiecujących debiutantów, fanatyczne listy do Redakcji, pisarze opisujący swój dzień, przecudowny dział modowy (nie w stylu dzisiejszych szafiarek i reklam sieciówek, o nie - historia mody przez duże M) - to wszystko (i o wiele więcej) tworzyło niepowtarzalny klimat pisma. No i ludzie: to tu zakochałam się (w sumie nie wiem czemu, ale cóż) w Davidzie Rosenbaumie, poznałam Etgara Kereta, namiętnie czytałam wypociny Grocholi, japońskie opowieści Joanny Bator, niepowtarzalne wywiady (Nosowska, Szczuka, Terentiew i wiele, wieeele innych). Okładki zawsze z pomysłem i świetnie wykonane. To pismo naprawdę wyróżniało się na rynku niezwykle wysokim poziomem.
Oto i pierwszy numer, jaki kupiłam

Zmiany...
Listopad 2010. Kiedy dowiedziałam się, że Redaktorem Naczelnym jest teraz Rafał Bryndal, przeraziłam się mocno. Wtf? Facet Naczelnym czasopisma dla kobiet? Wait... teraz to jest, jak głosi podtytuł, ,,Ilustrowany miesięcznik kulturalny''. Panika, gorączkowe przeglądania spisu treści. Nowe nazwiska, jakieś zdjęcia, w chuj reklam, ale... uff, jest Rosenbaum! Postanowiłam więc dać mu (Bryndalowi) szansę. Nie pożałowałam. Pismo różniło się nieco od wcześniejszej wersji ,,dla kobiet'', ale moje główne oczekiwanie - równie wysoki poziom kulturalny, spełniało. Nawet polubiłam z czasem Naczelnego, do którego z początku odnosiłam się sceptycznie. Mimo że styl jego wstępniaków odstraszał, wszystko wynagradzały naprawdę dobre wiersze i teksty piosenek. 
A oto moja ulubiona okładka: 
Tragiczny finał
 W czerwcu 2012 pojawiła się wiadomość, że kolejnego numeru nie będzie. O mojej reakcji już pisałam, teraz o przyczynach. Otóż zmarł niespodziewanie (zawał albo wypadek, nie pamiętam) właściciel marki, a jego synowie, którzy odziedziczyli tytuł podjęli decyzję o zaprzestaniu wydawania czasopisma. Jak to bywa w przypadku wartościowych rzeczy, zwyczajnie nie było dochodowe. I tak pozostawiono mnie w rozpaczy i rozdartą. Żałobę nosiłam długo, do dziś łezka się w oku kręci, jak myślę o ,,Bluszczu''... 
Były próby wykupienia tytułu przez czytelników na zasadzie Fundraisingu, niestety nie udało się. 
I tu z pomocą przyszedł Rafał Bryndal. Widocznie czuł to samo, co ja, bo postanowił zawalczyć o miejsce dla czegoś na poziomie w przestrzeni kulturalnej. Założył ,,Chimerę'', której charakter różni się od bluszczowego, ale również satysfakcjonuje mnie na wszystkich poziomach i to o tym miesięczniku napiszę już niebawem ;) 

P.S. Sentymentalnie, poważnie, nudno. Ale czasem trzeba i tak.

Ktoś czytał ,,Bluszcza'' i mnie rozumie? A może macie mnie za totalną wariatkę? (Ej, ja te pytania zadaję, oczekując odpowiedzi. Nieodpowiadanie jest niegrzeczne i gdy odzewu nie ma, czuję się tak, jak wtedy, gdy zadaję pytanie na praktykach w gimbazie i spotykam się ze ścianą milczenia. Serio;] ) 

Ponadto, dla niewtajemniczonych - lamusowy profilek na Fejsbuniu: https://www.facebook.com/lamuskulturalny?fref=ts

piątek, 21 marca 2014

Chiński Nowy Rok vs praca licencjacka

   W zasadzie to nie powinnam nic tu pisać, a raczej zająć się w końcu pracą licencjacką, ale po długiej chorobie i przy ogromie obowiązków, naszło mnie na wspomnienia. Niedawno moja szkoła chińskiego udostępniła mi długo oczekiwane zdjęcia z tegorocznej celebracji Chińskiego Nowego Roku w Sali Kongresowej w Warszawie. Nie mogę realnie cofnąć czasu do stycznia, kiedy miało miejsce wydarzenie, zrobię to więc wirtualnie, wyrzucając sobie, że w Sali Kongresowej powinnam siedzieć beztrosko po napisaniu przynajmniej pierwszego rozdziału pracy... Siedziałam równie beztrosko, tylko że bez napisanego rozdziału. Mój promotor twierdzi, że pisanie do gazet i inne rzeczy stoją pomiędzy mną a pracą, ja mam nieco inne zdanie: to praca stoi pomiędzy mną a życiem. Też to macie

   No dobra. Co do celebracji, wprawiła mnie w kompleksy, kiedy posłuchałam pięknego chińskiego tłumaczki - Chinki, której polski był równie piękny (choć nieco kanciasty). I kiedy posłuchałam wypowiedzi pewnego polskiego polityka od kultury, który radośnie wplatając polskie potocyzmy i przysłowia, w dupie miał fakt, iż przetłumaczenie tego na jakikolwiek język obcy, a co dopiero na chiński, przez osobę z innego kręgu kulturowego, jest wręcz niewykonalne. A, jeszcze w kompleksy wprawiał bardzo młody mnich z Shaolinu, który robił niesamowite rzeczy ze swoim ciałem. O ten: 
  Co do samego Święta Wiosny, nie będę streszczać Wikipedii, warto jednak zapoznać się z tą naprawdę interesującą tradycją http://pl.wikipedia.org/wiki/Chi%C5%84ski_Nowy_Rok . Bardzo charakterystyczny dla obchodów Nowego Roku jest totalny paraliż komunikacyjny całych Chin. Jest to najważniejsze chińskie święto, które tradycja każe spędzać z rodziną, dlatego wszyscy Chińczycy zjeżdżają z tej okazji do swoich rodzinnych miejscowości. Na raz. Więcej o tej paranoi, jej skutkach i przyczynach dowiemy się z bardzo ciekawego reportażu pt. Last Train Home (kiedyś oglądałam pełną wersję online, a więc szukajcie, a być może znajdziecie). Opowiada on o ciężkim życiu chińskiej rodziny z prowincji i łapaniu pociągu do domu widzianym z jej perspektywy.
   31.01.2014 rozpoczęliśmy Rok Konia. Koń jest siódmym z dwunastu znaków zodiaku chińskiego. Jak czytamy na portalu echiny.pl: ,,Osoby urodzone w Roku Konia są na ogół lubiane. Zawsze są przyjaźni, dobrze obchodzą się z pieniędzmi i robią długoterminowe plany na przyszłość. Ludzie ci są mądrzy i mają artystyczne skłonności. Mimo że posiadają ogromny seksapil, są słabe jeśli chodzi kontakty z płcią przeciwną. Przejawiają tendencje do bycia niecierpliwymi jeśli chodzi o rzeczy zakłócające ich codzienną rutynę. Pasują do osób urodzonych w Roku Tygrysa, Psa i Owcy.''. Jesteś spod znaku Konia, jeśli urodziłeś się np. w latach 1918, 1930, 1942, 1954, 1966, 1978, 1990, 2002. Ja na przykład (rok 1992) jestem spod znaku Małpy, co tłumaczy moją: inteligencję, pomysłowość i rozsądek. W pakiecie jest też arogancja oraz fakt, że Małpy: ,,nie odkładają zadań na półkę, tylko stawiają czoło problemowi natychmiast co sprawia, że odnoszą sukcesy'', ale nikt nie jest modelem doskonałym, prawda?
   W Sali Kongresowej było wielu Chińczyków, dziwnie reagujących na co bardziej emocjonujące momenty przedstawienia. Osobiście zakochałam się w chińskim instrumencie guzheng, można go posłuchać tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=zWUWCddcQTY . Muzyka, którą słyszymy to najsłynniejsza chińska melodia, inspirowana bardzo porąbaną historią o miłości, taką chińską wersją Romea i Julii, tylko dużo mniej prawdopodobną. Kiedyś napiszę post o dziwnych legendach i historiach chińskich, bo to zaiste piękny temat. 

No cóż, tańce chińskie nie powalają :) Ale chciałabym umieć tańczyć coś tak bezsensownego z tak uroczą miną:
Ogólnie było bardzo uroczo, program zawierał występy muzyków, tancerzy oraz pokaz sztuk walki prosto z Shaolinu. Dziękuję też towarzyszce Magdzie, która spędziła ze mną ten wieczór i przygarnęła na noc. 
   Obchody Chińskiego Nowego Roku w Sali Kongresowej to już tradycja, mam więc nadzieję, że przynajmniej z częścią Was zobaczę się tam za rok. Mieszcząca 3000 osób Sala Kongresowa dysponuje ,,aż'' trzema kabinami toalet damskich, zatem od razu zaklepuję: PIERWSZA!

Załączam nieco spóźnione, ale jak najbardziej szczere: 新年快乐!

A Ty spod jakiego znaku jesteś? ;)

Zdjęcia dzięki uprzejmości Chińskiej Szkoły w Warszawie

czwartek, 13 lutego 2014

,,Zobaczcie, jak Lublin robi!'' - opowieść o pasji prawdziwej

  Dzisiaj wygrzebię coś, co razem z koleżanką zrobiłyśmy już niemal rok temu, a co zasługuje jednak na wydobycie na moment z lamusa i odświeżenie. Rozmowa z panią Krystyną Dobek - parasolniczką (to słowo niczym archaizm lub coś pozbawionego sensu zostało brutalnie podkreślone jako błąd - proszę więc wyobrazić sobie skalę popularności tego zawodu) była (rozmowa, podmiot tego zdania) jedną z najsensowniejszych, jakie w życiu przeprowadziłam. W małym zakładzie znajdującym się tam, gdzie diabeł, dresy, żule i narkomani mówią ,,Żegnaj'', przeżyłam istne katharsis, poznałam Tajemnicę Istnienia i zrozumiałam, czym jest prawdziwa pasja. Co może zmusić człowieka do tego, by siedział, często po godzinach, w warsztacie na Kunickiego, wytężając wzrok i naprawiając czyjeś parasolki, kiedy średni popyt na tę usługę to 0,563 klienta na dzień (w każdym razie coś koło tego)? Może spokój bijący z tej ulicy? Może fortuna, jaką można w ten sposób zarobić? Może to Maybelline.

A oto i nasza parasolniczka

Dlaczego doszło do mojej rozmowy z panią Krystyną? Zadecydowały o tym trzy czynniki.
CZYNNIK PIERWSZY: Lublin, ul. Kunickiego 33. To miejsce już od jakiegoś czasu mnie intrygowało. Jadąc autobusem wielokrotnie zastanawiałam się, czy zakład, którego szyld głosił ,,Naprawa parasoli'' jeszcze działa i jeśli tak, to jakim cudem i dla kogo.
CZYNNIK DRUGI: Dowiedziałam się o projekcie ,,Ściana wschodnia: Rzemieślnicy z Lublina'' i stwierdziłam, że to super pomysł. O projekcie można poczytać TUTAJ , warto. Projekt przedstawia sylwetki 12 rzemieślników lubelskich, z których większość zaczęła działalność przed wojną. Żywa tradycja - lubimy.
CZYNNIK TRZECI: Musiałam przygotować pracę zaliczeniową traktującą o dziedzictwie kulturowym Lublina.


Postanowiłam więc połączyć przyjemne z pożytecznym i w ten sposób poznałam panią Krystynę. A oto owoc naszej rozmowy:

Wywiad z Panią Krystyną Dobek, parasolniczką

Skąd pomysł, żeby robić parasolki?
Moja mama prowadziła zakład, źle się czuła i musiała odejść, a ja go objęłam. Taką miała prośbę. Jeszcze rok pożyła, zmarła, a ja zostałam.
Ciężko było zdobyć wykształcenie w tym kierunku?
Miałam prawie 40 lat, kiedy zdawałam egzaminy. To nie było tak jak dzisiaj, że zaświadczenie wydają. To były egzaminy czeladnicze, w Warszawie przy szesnastu osobach zdawane. To, co teraz jest, to tragedia.
Egzamin polegał na zrobieniu parasolki?
Też. Zdawałam u fabrykanta który był przewodniczącym komisji w cechu. Moją parasolkę zostawił sobie na pamiątkę, a ja byłam zła. Myślałam, że ją sprzedam i na niej zarobię. To były moje pierwsze kroki tutaj. A on wziął parasol, obejrzał i chodził po fabryce, po takiej hali dużej i mówił: „Zobaczcie jak Lublin robi!”. Ja wiedziałam o co mu chodzi, a chodziło mu o to oczko. O tutaj. [pokazuje] Dziewczyny tam szyły na płaskiej maszynie do połowy, że dwie ręce można było włożyć. To znaczy najpierw na podwijaczu, a później na płaskiej. Przykryły szmatką, tak jak ja tu. Ale ta szmatka nie służy po to, żeby przykryć frędzle. Chodzi o to, żeby czasza nie ocierała o druty. Dziewczyny nie umiały do końca na podwijaczu zrobić, a ja tak jakoś… Później już cały czas to robiłam. Mama po roku zmarła. Nawet jak jeszcze żyła, to była taka historia, że przyszła dziewczyna i chciała, żeby jej parasolkę zreperować. Wtedy dopiero wchodziły takie na podstawie niemieckich, tylko że niemieckie miały sprężynę, a tu były na stałe sporniki, wmontowane w drugie sporniki. To było bardzo ciężko wiązać, bo to twarde jest. No w każdym razie zdałam te egzaminy, mama zdążyła się rok pocieszyć. Coś musiała jeszcze w cechu załatwiać, poszła tam, a w cechu pochwała. Dla Lublina. Zazdroszczą nam, że mamy tak pojętnych ludzi. Później miałam mistrzowskie zdawać. Za dwa tygodnie miałam jechać do Warszawy. Nie chciałam, bo dowiedziałam się, że jak zdam mistrzowskie, to będę musiała siedzieć w cechu. Czy to będą, jak ja to mówię, butolodzy czy metalurgicy, czy jacyś inni - wszystkie zawody, jakie są - jak będą egzaminy, będę musiała siedzieć w komisji egzaminacyjnej. Tak jakoś to było ułożone. I nie pojechałam. Bo tego, co ja umiem, to mnie nikt nie nauczył. Ani żaden mistrz, ani czeladnik.
W jaki sposób przygotowywała się Pani do egzaminów?
Ten pan, u którego zdawałam wydał książkę. Jak jechałam na egzamin, to sobie poczytałam. Wtedy szósty egzemplarz wchodził, nowy. Jak ktoś do mnie przychodzi, to ja muszę wiedzieć co i jak. Nie mówię, żeby poszedł gdzieś indziej. Tylko ma być zreperowane i koniec, a jak ja to robię to już jest moja sprawa.
Nie myślała Pani o tym żeby przekazać komuś tę wiedzę?
Moja córka bardzo to lubiła, ale jakoś tak... dziecko jej się urodziło, mąż pracował, ona nie. Teraz to już za późno, żeby jej zawracać tym głowę. Ma inne obowiązki. A ja sobie tu siedzę. Jak będę musiała odejść, to zwariuję. Bo to jednak ciągnie. Ciągnie, oj ciągnie do tego.
Duże jest zainteresowanie Pani towarem?
Właśnie nie wiem, co się w tym roku zrobiło, czy ludzie tak pobiednieli. To jest jakaś tragedia, bo ludzie i w sklepach narzekają, że są małe obroty. Do mnie też rzadziej przychodzą. O, i dzisiaj wcale ludzi nie ma. To jest niemożliwe. U mnie kolejka stała prawie na schodach. Drzwi otwarte, lato. Poza tym dużo chińszczyzny się narzuca. To jest nic nie warte. Nic kompletnie nie warte. Dziś jest takie przyzwolenie widocznie, nie wiem, jak to nazwać. Nasi też zakupują. Częstochowa jest stolicą parasolnictwa polskiego. Od wieków. Na cały świat wysyłali. Wszystkie akcesoria robili. A teraz? Już się wnukom nie chce robić. Sprowadzają gotowe i doklejają metki. A teraz to już całe taśmy z logo wysyłają do Chin i im wszywają od razu. Ale mnie nikt nie oszuka bardzo na tym. Te parasolki z Częstochową nie maja nic wspólnego.
Ile trwa zrobienie jednej parasolki?
To zależy. Nie ma szablonu, żadnego wzornika. To samo uszkodzenie w jednej parasolce robię godzinę, półtorej, a w innej kilka godzin i jeszcze po cichu sobie przeklnę, że jedno się robi, a drugie się psuje. Czasami to w ogóle nie ma co zaczynać, bo szkoda pieniędzy.
Myślała Pani o poszerzeniu swojej działalności? Na przykład przez Internet?
Ja sama się w Internecie nie reklamowałam nigdy, ale ludzie mnie sami jakoś tam umieszczają. No i jest tam, że taka Pani, że robi parasolki, podobno bardzo ładnie piszą. Ja tego nie widziałam, mi to ludzie mówią. Ja się nie czepiam Internetu. U mnie są już dwa w domu. Tu był jeden Pan ogłoszony w Internecie, ale parasolek już nie robi. Jego zakład jest przeniesiony. Ja tak myślę, że jeśli wierzyć w życie pozagrobowe to moja mama gdzieś tam sobie fruwa i się cieszy. Ona tak się bała, że to się zmarnuje…Zakład ma już pięćdziesiąt lat, najpierw dwa lata był na ulicy Furmańskiej, w domu. Później mama dostała lokal od miasta.
Miała Pani znanych klientów lub instytucje, dla których Pani robiła parasolki?
Tak, robiłam parasolki dla operetki , teatru - do Osterwy. Mam wrażenie że te parasole jeszcze tam są , bo rekwizyty zostają bardzo długo. Później zainteresował się tym Pan z Teatru Ruchu. Przyszedł tutaj robić zdjęcia. Podobno mieszkał tu jego ojciec i tutaj umarł, ale ja go nie znałam.
Jak wygląda przeciętny dzień Pani pracy?
W lecie godzina czwarta jestem na rybach, później przychodzę do pracy, przebieram się i zaczynam robić. Tak jak tutaj [prezentuje], to jest przeróbka. Jak mnie zabraknie, tego mojego zakładu, to będzie bieda w Lublinie. Do mnie i Warszawa przyjeżdża i Kraków i te wszystkie lubelskie: Zamość, Chełm. Mam tutaj trzy tony materiałów niewykorzystanych, to wszystko dlatego, że moda się zmieniała. A jeszcze jak jeździłam do Częstochowy po akcesoria, to chciało się ich nabrać jak najwięcej. To był duży koszt pojechać samochodem, bo pociągiem było za ciężko. A tutaj też taką ładną parasolkę zrobiłam, kobieta dała mi 10 złotych i dwa lata nie przychodzi. Napracowałam się i na dobrych drutach takich, a ona teraz wisi biedna, aż się powyciągał materiał. Wszystko powinno być używane, ja tak ludziom tłumaczę.
Jak się Pani czuje, będąc jedną z ostatnich osób zajmujących się tym zawodem?
Normalnie się czuję, nawet nad tym nie myślę. To jest dla mnie codzienność. Mój mąż mi tylko mówi, że mam wariacje na punkcie tych parasolek. Tylko parasolki i parasolki...



Pani Krystyna ma zakład na Kunickiego 33 w Lublinie, bardzo rozmowna, na pewno ucieszy się z każdej wizyty. Polecam porozmawiać, bo poza tym, że jest parasolniczym reliktem, to bardzo mądra kobieta.
Może odkryjesz w sobie podobną pasję i przyjmie Cię na naukę? ;] 
Tak czy inaczej, to budujące, że są jeszcze ludzie, którzy zamiast iść w ilość, idą w jakość - ,,wśród tandety lśniąc jak diament'', rzec by się chciało...

Wywiad przeprowadził Kulturalny Lamus wraz z Wiolettą Worobiej
Zdjęcia: Łukasz Kasiak

A już jutro dokładamy do lamusa. Czy jakoś tak.